Do jazdy rowerem to jeden z najlepszych krajów w Europie

Dziś mała, spóźniona, powakacyjna wrzuta. Chciałem się z wami podzielić wrażeniami po jednym z moich najbardziej udanych wyjazdów podróżniczych do tej pory. To dzięki tej przygodzie złapałem rowerowego bakcyla i chcę wincyj. Wincyj czegoś takiego. Wincyj podróży do kraju, w którym czas na dwóch kółkach spędza się naprawdę doskonale.

To prawda, że w Polsce też można fajnie pojeździć. Blisko. Mniej rabanu. Z reguły wiadomo gdzie jechać. Z infrastrukturą coraz lepiej. Ładne widoczki. Zmienia się to wszystko na plus więc wyjazd rowerowy w Polskę to nie jest zły pomysł. A weekendowy to już w ogóle – dla niejednej rodziny stanowi naturalną opcję.

O czym więc będzie dziś mowa? O lepszym, które jest wrogiem dobrego. O autentycznych ciarach na plecach, które może zafundować sobie niedzielny rowerzysta. O rowerowym raju dla totalnego każuala. O różnicy między krajem, który w kwestii turystyki rowerowej znajduje się powiedzmy w połowie drogi (Polska), a państwem, które pod tym względem jest już tam, gdzie trzeba (moja wakacyjna destynacja).

I nie jest to ani Holandia, ani Dania, ani inne miejsce stereotypowo utożsamiane z rowerowym rajem. Do tego zestawu chciałbym dodać dziś jeszcze jeden konkretny kraj. Państwo znane z walorów krajobrazowych, ale i rejon, który jakoś tak instynktownie z rowerami się nie kojarzy. Jeśli już, to bardziej z nartami. Przed państwem…

Rowerowa Austria

Fanem Austrii jestem już od dawna. Nie mam na to nie wiadomo jakich argumentów – po prostu lubię ten kraj. Spokojny, zadbany. Ludziom tutaj obce jest jakieś sztuczne nadęcie. Wiele razy jeździłem tu w góry jako dziecko i można powiedzieć, że rodzice zaszczepili mi coś, co tkwi we mnie po dziś dzień. Poczucie, że wolę Austrię latem niż Austrię zimą.

Tym razem jednak miałem okazję zobaczyć ją z zupełnie innej perspektywy. Siedząc na siodełku mojego rowerowego rumaka w części zwiedziłem te same miejsca, które miałem już kiedyś okazję zobaczyć. Ale tym razem wrażenie wydawało się zupełnie inne. Tak inne, że czułem się, jakby to był pierwszy, a nie prawie dziesiąty raz. Odkrywałem tę znaną mi już Austrię zupełnie na nowo.

I gdy wróciłem, tak schowałem rower i usiadłem na tarasie otwierając polskie już piwo, pomyślałem sobie, że jeśli gdzieś jest ten rowerowy raj, to kto wie, czy nie tam.

Dlaczego Austria jest tak dobra pod tym względem?

Zacznijmy od tego, że ma powierzchnię kilka razy mniejszą od Polski, a mimo to ścieżek rowerowych jest tu kilkanaście tysięcy kilometrów. To się widzi i czuje. Właściwie w jakąkolwiek alpejską dolinę się nie zapuścisz, jest duża szansa, że obok puszczonej środkiem drogi biegnie też rowerowa ścieżka. Jeśli jakimś cudem jej nie ma – w przeważającej większości przypadków główną ulicą też jedzie się bardzo dobrze. Owszem, bywają trasy zatłoczone (np. na drogach dojazdowych do większego miasta lub przy turystycznie kultowych miejscach). Jednak patrząc z perspektywy całości wyjazdu mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że takie przypadki były w mniejszości.

Same ścieżki są naprawdę świetne i bynajmniej nie mówimy tu o jakichś trzęsidupkach na nierównym podłożu. Siła rowerowej Austrii – przynajmniej w mojej ocenie – tkwi w połączeniu dwóch bardzo atrakcyjnych cech: pięknych krajobrazów oraz dużej przystępności kraju jeśli chodzi o turystykę rowerową. Austria jest po prostu znakomicie skrojona pod typowo trekkingową jazdę z rodziną czy przyjaciółmi.

Trasy są w przeważającej większości bardzo dobrze oznakowane, zadbane i szerokie. Przy całym szacunku dla coraz lepszej infrastruktury rowerowej w Polsce, to wciąż inna liga. W Austrii czuć, że cały ekosystem sprzyja pedałowaniu na dwóch kółkach. Specjalne pługi do odśnieżania ścieżek rowerowych przywracają trasy do ładu już przy wiosennych roztopach. Nawierzchnia tras nie zawiera niespodzianek typu uskoki asfaltu jak w okolicach Krakowa. Jedzie się niesłychanie dobrze i płynnie. Zauważyłem również, że turystykę rowerową znakomicie wspiera tutaj infrastruktura autobusowa. Możemy zapakować się i dojechać na koniec prawie każdej alpejskiej doliny korzystając z transportu lokalnego. W efekcie, nie przerabiamy tej samej trasy tam i z powrotem (dlaczego to ma znaczenie, o tym za chwilę).

No i jest jeszcze zupełnie inna kultura jazdy. Kto w weekend robi sobie rundkę np. z Krakowa do Tyńca, ten wie, o czym mówię. Permanentne wcinki na trzeciego lub czwartego. Tarasowanie całej szerokości ścieżki. Inne typowo polskie niespodzianki na drodze. A w Austrii tego… po prostu nie ma. Ludzie uważają na siebie nawzajem, nie walą środkiem i nie stają rowerami utrudniając całej reszcie ruch. W ogóle ruch na austriackich ścieżkach rowerowych jest sensownie mały. Nie kojarzę na przestrzeni całego wyjazdu ani jednej takiej trasy, gdzie czułoby się, że natężenie ruchu zaczyna oscylować wokół tego poziomu, kiedy tracisz przyjemność z jazdy.

Summa summarum, Austria to znakomita oferta dla fana typowo trekkingowej jazdy. Dookoła piękne, wysokogórskie widoki. Szumi alpejski wiatr. Czuć zapach zboża (czasem też jakiejś krowiej kupy, ale w tych warunkach to tylko buduje klimat). Obok jedzie jakaś stara kolejka. A ty? A ty sobie po prostu płyniesz.

Pełen relaks lub trochę adrenaliny

Coś, co określiłbym jako „płynięcie sobie po alpejskiej dolinie” nie jest terminem przypadkowym. Owe doliny potrafią mieć po kilkadziesiąt kilometrów. Zakładając, że chcemy porobić sobie trochę fotek, poodpoczywać przy jeziorku i pozwiedzać stare miasteczka, spokojnie przez jedną dolinę można jechać cały dzień. Dlatego właśnie wspomniane już unikanie trasy tam i z powrotem to tutaj mega sprawa, a jednocześnie – realna możliwość. Jedziemy bowiem wtedy np. od czuba do wyjścia doliny, zwykle w dół lub po płaskim – kilkadziesiąt kilometrów nietrudnej, szalenie relaksującej i przyjemnej drogi.

Jeśli potrzebujecie odrobinę więcej adrenaliny, ale wciąż chcecie pozostać w klimacie typowo trekingowej jazdy aniżeli MTB, Austria daje również możliwość wykorzystania alpejskich przełęczy do efektownych zjazdów. Całkiem sporo osób praktykuje tutaj ten pomysł i nie jest to wcale zarezerwowane dla zaprawionych amatorów kolarstwa. Nie, nie każdy wjeżdża i zjeżdża.

Ja akurat byłem w grupie z własnym transportem, ale jeśli nie chcecie jechać pod górę, z pomocą znów może przyjść lokalny autobus. Obojętnie już jak się na tę górę dostaniemy, stajemy wtedy przed perspektywą, która na papierze brzmi po prostu: wow! Np. zjazd ma 20 kilometrów i robimy przewyższenie rzędu 1900 m w dół. Duuuża przyjemność i zupełnie inne doznanie od relaksującej jazdy dolinką. Nie wolno wyłączać głowy, a poza mózgiem męczą się również nadgarstki i hamulce.

Jeśli trzeba tu na coś uważać, to przede wszystkim na wiatr. Przy zjazdach, kiedy jesteśmy rozpędzeni, bywa on ostry – podmuchy to jedno, ale jeśli coś mi doskwierało to fakt, że naprawdę niewiele słychać. Jak człowiek jest rozpędzony i dodatkowo jedzie z ludźmi, lepiej trzymać dystanse. Czapka pod kask na większe wysokości obowiązkowa nawet w środku lata. Przed wyjazdem, gdzie będziemy dużo zjeżdżać, koniecznie należy również sprawdzić stan roweru – zwłaszcza hamulców. W miejscach typu okolice Grossglocknera ruch samochodowy bywa bardzo duży i nie chcemy się komuś wpakować pod koła tylko dlatego, że nie chciało nam się zrobić przeglądu.

W dolinach wiatr jest jest mniejszy, od czasu do czasu też daje popalić, a jego dosyć wredna natura polega głównie na tym, że zwykle wieje od wylotu doliny. Jeśli więc jedziemy z góry, to jest bardzo często w twarz.

Wspomniane przełęcze bywają mniej lub bardziej strome. Na część z nich nie wysłałbym totalnie “niedzielnej” rodziny. Ale na inne – spokojnie. Jak wszędzie, wszystko zależy od konkretnej trasy i od tego, czy jest trudna. Na pewno zjazdy to zupełnie inne doświadczenie od jazdy po płaskim w dolinie. Większa adrenalina, nieco mniej pełnego relaksu. Widoczki, jakie widzi się podczas zjazdu Grossglockner Hochalpenstrasse czy na drodze w dół z przełęczy Timmelsjoch pozostaną we mnie na długo.

O, na przykład takie:

Albo takie:

Gdybym jednak miał pokusić się o wzorzec z Sevres czegoś takiego jak Austria na rowerze, byłby to dla mnie przede wszystkim taki obrazek jak poniżej. Cała kwintesencja rowerowych doznań w tym kraju, przynajmniej z perspektywy mocno turystycznej a nie sportowej jazdy, zawiera się w takim właśnie relaksującym płynięciu sobie przez dolinkę. Cały zachód Austrii po prostu usiany jest tego typu trasami. Mowa o Tyrolu, Kraju Salzburskim i Karyntii. Wschód Austrii to z kolei teren bardziej płaski i – w mojej przynajmniej ocenie – nudniejszy. Jednak i tu znajdziemy ciekawe trasy, np. szlak rowerowy Kraków-Wiedeń. Rodzina była również niedawno w okolicach Melku i twierdzi, że to jedne z piękniejszych terenów w całym kraju. Może nie aż tak efektowne jak Alpy, ale śliczne w inny sposób.

Rowerowo cała Austria jest więc destynacją ciekawą. Na pierwszy raz polecałbym jednak od razu skoczyć tam, gdzie doznania wizualne będą bezdyskusyjnie super. Czyli w rejony alpejskie. A powód takiej, a nie innej rekomendacji, jest prosty. Nie ma absolutnie żadnych przeciwskazań, by to zrobić. Rowerowa alpejska Austria jest przyjazna, zadbana i skrojona dla zwykłego turysty. Myli się każdy, kto myśli, że tam to tylko zaprawieni rowerzyści powinni jechać. Austria nie wyklucza nikogo. Takiego, który chce się trochę zmęczyć, ale przede wszystkim potrzebuje przewietrzyć głowę. Kogoś, kto chce zabrać dzieci, by się trochę wyszalały. Samotnika na samotną wyprawę.

Dlatego tę Austrię tak cholernie polecam. Ona jest dla nas wszystkich – ludzi, którzy po prostu lubią pojeździć na rowerze i mieć z tego dziką przyjemność.

 

Fot. własne, Gosia i Adam Stanisławscy

Related posts

Slow writing