Slow writing

Tak, jestem rozczarowany Baldurem pokazanym przez Larian Studios. I nie widzę w tym nic dziwnego

Gdyby ktoś podszedł i powiedział „Patrz Wojtek, nowa gierka”, zarzucił filmik, zasłonił tytuł streama na YouTubie i spytał co to jest, ostatnią rzeczą, jaką bym pomyślał, byłoby to, że Larian właśnie prezentuje światu Baldur’s Gate III.

Niektórzy gracze są bardziej „sensoryczni”. Wjeżdża takie Diablo III o klimacie lżejszym niż poprzedniczki i wyraźnych inspiracjach skrajnie kolorowym, komiksowym World of Warcraft. Część graczy nawet tego nie zauważa. Dla innych to niemal jak zdrada.

I chyba tych drugich nie jest aż tak mało, bo przy prezentacji Diablo IV Blizzard jakby chce przytłoczyć nas wszystkich gotyckością swej przyszłej gry. We Wszystkich Świętych 2019 z ekranów Anaheim Convention Center wieje surowością jak z okładek ciężkich płyt metalowych.

Zmierzam do tego, że te rzeczy mają znaczenie.

I to nie jest żadna niezdrowa nerdoza, jeśli ma to znaczenie akurat dla ciebie.

Dla mnie znaczenie ma to, że chciałbym, by wskrzeszany po ponad dwudziestu latach Baldur miał coś z Baldura. Tymczasem gdy we czwartek wszedłem sobie w internety, by zobaczyć pierwszy gameplay z gry tworzonej przez Larian Studios, zobaczyłem coś, co w mojej ocenie, było reskinem Divinity: Original Sin. Ale nawet jeśli to zbyt mocne słowa, to na pewno nie zobaczyłem czegoś, co przypominało mi ukochane Baldur’s Gate.

Nostalgia bywa wyśmiewana jako głupia przypadłość charakterystyczna dla toksycznych fanbaz i bloker przechodzenia gier do lepszego świata. Ale nie wierzcie w to. Z nostalgii może być coś dobrego. Ona może być motorniczym, a nie hamulcowym kreatywności w kulturze i sztuce. Pod warunkiem, że temat dobrze się ugryzie.

Doom z 2016 roku to jedna z gier, która pokazuje, że nie ma czegoś takiego jak „klimat się zdezaktualizował”. Jeśli umiejętnie przeniesiesz go do nowych realiów, powstaje gra jednocześnie jadąca na nostalgii i nowoczesna. I takie przykłady można by mnożyć. Na czele z tytułami, które głęboko w 21 wieku postawiły na pixel art i fajnie na tym wyszły.

Na gry RPG ostatnich nastu lat ogromny wpływ miały takie marki jak Gra o Tron i Dragon Age. Uniwersa stawiające na ciężkie, surowe fantasy, które dotyka  skomplikowanych problemów społecznych i psychologicznych. Daleko temu do radosnego wałęsania się po bajkowych światach i włączania do drużyny gburowatego krasnoluda i małomównego elfa. Czy to jednak oznacza, że jakiś niewpisujący się w dominującą konwencję styl gry dziś nie ma racji bytu? Może skoro w takie gry od jakiegoś czasu nie graliśmy, to właśnie fajnie byłoby w nie znowu zagrać? Czy dziś powinniśmy skazać na niebyt klimaty fantasy rodem z okładek książek sprzed kilku dekad, gdzie na pierwszym planie, przed strzelistym zamkiem, dumnie pręży się mięśniak w krótkich majtach? Pytanie retoryczne, ale warto się nad tym zastanowić, bo analogicznie chciałbym zapytać, czy jest miejsce dziś dla klimatu a’la Baldur’s Gate.

Z kulturą i jej dziełami jest trochę jak z marketingiem. Rebranding może się udać albo nie. My możemy sobie tu akademicko dyskutować do świętego Dygdy, ale w gruncie rzeczy sprawa sprowadza się do właśnie tego. Albo przeniesienie czegoś w nową epokę wypali albo nie wypali.

Gdy James Bond, od dekad klepiący laseczki po tyłkach tudzież stosujący inne „samcze” metody, nagle w Casino Royale dał się poznać jako postać będąca pod emocjonalnym pręgieżem kobiet (która w dodatku nie do końca sobie z tym radzi), był to manewr ze wszech miar udany. Gdy Moffat i spółka zdecydował się przenieść Sherlocka Holmesa do współczesnego Londynu, a Watsonowi dał bloga, again – to po prostu zadziałało. Gdy w zeszłym roku Robbie Williams nagrał płytę z bożonarodzeniowymi piosenkami – zasłuchiwali się w nią fani starego dobrego rocka. Bo to po prostu był świetny album.

Wizualnie bliżej Divinity Original Sin już się nie da być.

Wyobrażam więc sobie sytuację, w której Larian robi jakiegoś twista, dokonuje jakiegoś niespodziewanego zwrotu akcji i serwuje nam interpretację Baldur’s Gate, której kompletnie się nie spodziewamy. Tymczasem ja, zakochany w tym starym Baldurze, ogłaszam wszem i wobec (i koniecznie capsem): ZAJEFAJNE!

Ale… po prostu tego we czwartek nie poczułem. Wręcz przeciwnie, interpretacja Lariana wydała mi się niezwykle bezpłciowa. Zresztą, nie wiem, czy „interpretacja” to dobre słowo, bo odnoszę wrażenie, że kwestię jakiegokolwiek podobieństwa stylowego do oryginału autorzy po prostu kompletnie zignorowali.

Czy to było celowe? Nie wiem. Czy Larian na tym zyska czy straci ekonomicznie? Również nie wiem. Intuicyjnie wydaje mi się, że popełniony został duży błąd marketingowy, bo otwarcie zaworów nostalgii mogło (i powinno) ponieść tę grę od samego początku. Ktoś powie, że niekoniecznie już teraz, bo to dopiero pre-alpha. Szczerze mówiąc, kompletnie się z tą opinią nie zgadzam. To jest dokładnie ten moment, w którym należało to zrobić. Zwłaszcza, gdy minęło tyle czasu. Larian zaprezentował odpowiednik zwiastuna epizodu 7 Gwiezdnych Wojen, do którego nie dostaje się „Chewie we’re home”, bo autorzy uznają, że to w sumie zbędne. To jest po prostu błąd.

Pomiędzy jechaniem wyłącznie na nostalgii, a całkowicie nową interpetacją, znajduje się olbrzymia szara strefa. Nie odmawiam Larianowi prawa do kreatywności i przeniesienia Baldura w XXI wiek. Liczyłem jednak na to, że gdzieś w tej szarej strefie ta propozycja wygodnie się usadowi.

Tymczasem twórcy pojechali naprawdę skrajnie. Nie mamy już 1999 roku i być może trzeba dać coś więcej niż „Moja oberża jest czysta jak tyłeczek elfiej panny”. Jednak tutaj, najogólniej mówiąc, całkowicie niedoceniona została kwestia tego, że dla niemałej chyba części osób BG3 to niekoniecznie aktywna pauza albo jej brak, ale przede wszystkim klimat, styl, atmosfera, smaczki. Okrągłe zero ukłonów w stronę BG, brak nawet jakiejś najmniejszej ikonki z trupią czachą gdzieś tam w rogu, czy jakiegoś filtra nałożonego na lokacje, by w głowie zakołatało coś znajomego (jedyny moment, gdy cień „tego czegoś” pojawił mi się we łbie, to gdy postać kluczyła po nadmorskich skałach), bardzo, ale to bardzo wiele mówi o priorytetach twórców. I nie wróży dobrze, jeśli ktoś liczył na przeniesione w 21 wiek, ale jednocześnie cudownie znajome Baldur’s Gate.

A jak będzie finalnie, zobaczymy.

Related posts