Casual i hardkorowiec: czy muszą żyć jak pies z kotem?

Niezależnie od tego, czy chcesz czy nie, jesteś stroną w tym konflikcie. Tak Ty, czytelnik tego tekstu. Bo powiadają, że dziś grają wszyscy. Asystując przy grającym dziecku, walcząc na zawodach e-sportowych, katując tetrisa między przystankami metra, czy rywalizując z rodzeństwem na dwa kompy w pokoju. I Ty plasujesz się zatem gdzieś na kontinuum między totalnym casualem, a überhardkorem. A to oznacza, że ktoś cię nie lubi.

Widząc, jak na forach gier, w które grają i casuale i hardkory, dzień w dzień oba te stronnictwa okładają się po mordach, postanowiłem coś z tym zrobić. Jedną ze złotych myśli na moich studiach było przekonanie, że poznanie natury problemu to prawie jak rozwiązanie problemu. Przedstawiam zatem krótki poradnik dla casuala i hardkora, który – mam nadzieję – pomoże zrozumieć, co siedzi w głowie tej drugiej stronie.

Hardkorze, oto dlaczego casual cię nie lubi!

Tę kwestię należałoby zacząć od tego, że istnieją przynajmniej dwa główne typy casuala: casualowy casual (nie chce, nie może, nie umie grać w core’owe gry) oraz casual z przypadku (chciałby, ale nie może), którego o ten status przyprawia zwykle sytuacja życiowa. Na potrzeby tego artykułu zlewam oba te typy w jeden stereotypowy obraz growego bidoka, którego wielu szanujących się hardkorowców traktuje z urzędu jako gracza podrzędnego.

Problem, jaki gracze casualowi mają z graczami core’owymi jest właśnie taki: hejt. Hejt i elitaryzm core’owców w stronę tych, którzy lubią gry niecore’owe i którzy chcą, by przystępność stała się najważniejszą cechą każdej szanującej się gry.

Nikt nie lubi być obrażany i traktowany z góry. W kontekście tego to zabawne, że casuale dają się tłuc, mimo że jest ich oczywiście więcej (odgrywają się w inny sposób, ale o tym potem). W normalnej sytuacji większość powinna po prostu zagonić mniejszość do kąta i kazać jej siedzieć cicho. Ale nie w grach. I nie w kulturze ogólnie. Tu, w przestrzeni publicznej debaty, core’owiec ze swoim poczuciem wyższości i możliwością powołania się na stare dobre czasy, wciąż tłamsi tych skrycie przecież zakompleksionych casuali.

Efekt? W świecie recenzji książkowych wciąż pokutuje archetyp gospodyni domowej z tanim czytadłem w ręku, traktowanej w tychże tekstach jako ekwiwalent odbiorcy totalnego gówna, w opozycji do konesera literatury wyższej, który oczywiście gospodynią domową być nie może. Niezależnie jednak, czy nią jest, czy nie, niejeden core’owiec nie rozumie, że są ludzie, którzy nie daliby rady przebrnąć Dostojewskiego i mają pełne prawo, by czytać ileś tam twarzy Grey’a, które zrozumieją i z którymi się utożsamią, bez narażania się na jakąkolwiek formę stygmatyzacji.

Core’owcy mają problem, by to zrozumieć i choć potrafią to usprawiedliwić słusznym skądinąd argumentem, że myślenie z paragrafu powyżej to krok do sankcjonowania masowego ogłupiania ludzi, hejt, o którym mowa, wynika najczęściej nie tyle z troski o kulturowy rozwój ziemskiej cywilizacji, co jest efektem trudności z akceptacją tego, że ten przypadkowy casual jest równorzędnym odbiorcą kultury i ma do niego pełne prawo.

W świecie gier hejt względem casuali jest oczywiście wciąż bardzo widoczny i objawia się nie tylko zgryźliwymi komentarzami odnośnie gier sprzedających swą duszę diabłu (czyt. casualom) i stawiających na atrybut simplified (wersja dla casualowca) lub dumbed down (wersja dla core’owca). Z oddzieleniem słowa „casualowy” od „gorszy” borykają się poważne media growe. Zwróćcie np. uwagę, jak w Polsce recenzowane są casualowe gry Hidden Object. Co najmniej połowa polskich recenzji nie traktuje ich jako osobnego gatunku, tylko bawi się w porównania do The Longest Journey, czy Syberii – gier core’owych. To jak starcie boksera wagi koguciej z bokserem wagi ciężkiej. Nie ma to najmniejszego sensu.

Takich przykładów można by mnożyć. Pomimo że casuale powoli wychodzą z cienia i nie boją się już krzyczeć „Proud to be casual”, wciąż jednak borykają się z łatką gracza głupszego.

Casualu, oto dlaczego hardkorowiec cię nie lubi!

Teraz czas na drugą stronę medalu. Z nią pójdzie mi łatwiej, ponieważ sam jestem graczem core’owym.

Jeśli zdarza Ci się czytać forumowe pyskówki pomiędzy graczami, być może dochodzisz do wniosku, że hardkorowcy nie lubią casuali dlatego, że ci drudzy istnieją. Tymczasem to nie do końca jest tak, że jakaś pseudoelita ma problem z uznaniem własnego miejsca w szeregu i nie umie pogodzić się z tym, że istnieje grupa graczy, która ma zupełnie inne przyzwyczajenia, oczekiwania i fascynacje. Nie. Problem polega na tym, że w wypadku wielu gier experience hardkorowca zależy od casuala.  To coś, czego przeciętny casualowiec absolutnie, ale to absolutnie nie jest w stanie zrozumieć.

Słysząc coś takiego, casual zwykle wytacza argumenty, że hardkorowiec w takim razie musi mieć solidny problem z głową, jeśli jego satysfakcja z rozgrywki uwarunkowana jest od innych. Tymczasem, jak już niegdyś pisałem, core’owe granie jest trochę jak wspinaczka wysokogórska. Atrakcyjność góry dla himalaistów spada, jeśli nagle okazuje się, że wchodzi na nią pół tysiąca osób rocznie. Hardkorowi gracze, podobnie jak ci himalaiści, nie lubią wdrapywać się na szczyt po to, by zobaczyć na nim stado piknikowców, którzy weszli tu spacerową trasą, rozłożyli się z termosami i, zagryzając bułki w folii śniadaniowej, podziwiają ten sam widok. Gracz core’owy domagał się i zawsze będzie się domagać konkretnych nagród za bycie bardziej dedykowanym odbiorcą. Zawsze będzie oczekiwał ekskluzywnego kontentu. Zawsze będzie kochał mechanizm kija i marchewki, który wielu grom casualowym jest zupełnie obcy.

Zaraz, zaraz – powie ktoś – to nie może być tak, że casual gra sobie w gry dla siebie, a hardkorowiec dla siebie? Niestety, o ile elementy core’owe w grach dla casuali przemyca się bardzo delikatnie (lub ich się w ogóle nie przemyca) to inwazję elementów casualowych w grach dla dedykowanych graczy można porównać jedynie z brutalnym wejściem z buciorami na świeżo wyczyszczony dywan. Tym samym dla niejednego core’owca to casuale odpowiadają za degenerację jego ukochanych gier. Tomb Raidera, Hitmana, Need for Speeda, Diablo, World of Warcraft… I to, że lista tych gier byłaby bardzo długa, potrafi wywołać poczucie, że casual to zło, które po prostu trzeba tępić. Innymi słowy, hejt i poczucie wyższości core’owca bywa reakcją obronną na podpieprzanie mu zabawek.

I co teraz?

Zatem tak naprawdę to twórcy gier odpowiadają za eskalację konfliktu pomiędzy casualem i hardkorowcem, bo zamiast rozdzielić te dwie grupy graczy, by każda z nich grała w tytuły dla siebie i tylko dla siebie, branża gier stała się areną cudacznych eksperymentów w imię produkowania gier dla każdego. Jeśli dochodzi do sytuacji, w której twórcy World of Warcraft próbują otworzyć się na odbiorców Cut The Rope i organizują im usability testy, podczas których okazuje się, że ci gracze mają problemy z obracaniem kamery, to jesteśmy o krok od czarnej komedii. Komedii, której przeciąganie nie ma najmniejszego sensu.

Głęboko wierzę, że casual z core’owcem nie musi żyć jak pies z kotem. I jeden i drugi musi jednak dostawać produkt odpowiednio skrojony dla siebie. To raz, a dwa, że przydałoby się trochę wzajemnego zrozumienia, w czym – liczę na to – pomoże odrobinę niniejszy tekst. Jeśli nie ma szans na pełne pojednaniew, oczekuję przynajmniej „zdrowej ignorancji”. Takiej, która sprawia, że The Dave Matthews Band grając swój koncert ma gdzieś to, że Rihanna właśnie zapełniła Maracanę (i vice versa też).

Slow writing