Drogi Newsweeku. Wara od „This War of Mine”!

Tak, wolę „cyberzabawę”, która zmusza do refleksji, od fatalnych merytorycznie artykułów w opiniotwórczym tygodniku.

Jak część z Was wie, jestem psychologiem. Pracuję w branży gier.
Nie jestem ich bezkrytycznym piewcą, czemu dałem kilka razy wyraz i na tym blogu, otwarcie mówiąc o niegdysiejszym uzależnieniu od MMO i ciemnej stronie grania.
Nie należę również do bezkrytycznych fajbojów This War of Mine.
Nikt mnie o ten komentarz nie poprosił ani nie dał za niego w łapę.

Postanowiłem jednak napisać ten tekst, bo sposób, w jaki Newsweek potraktował grę 11 Bit Studios, to trochę inny case niż typowy kolejny odcinek znanego nam serialu o imydżu komputerowej rozrywki w tzw. opinii publicznej. Oberwało się bowiem grze, która nie należy do megahitów pokroju Wiedźmina, której Komorowski nie wręczy na audiencji Obamie (choć w sumie przydałoby się, if you know what I mean…) i która jest w sumie grą niezależną i w jakimś sensie niszową. Ale oberwało się grze, która jest ważna i pożyteczna kulturowo.

Twórcy podjęli się w niej kwestii piekła wojny z perspektywy cywila. To temat temat trudny, dojrzały, skłaniający do myślenia, a przymiotniki, które przed chwilą wymieniłem, są cholernie niemedialne. I Newsweek jako periodyk, który razem z wieloma innymi przyczynia się do emocjonalnej i intelektualnej pauperyzacji społeczeństwa, doskonale o tym wie. Bo to, że w dzisiejszych czasach medialno-kulturalny Szit wylewa się na ulice jak szambo z pękniętego rurociągu, nie stanowi dla nikogo tajemnicy. Żyjemy w świecie, w którym bestsellerem są twarze Grey’a i w którym kinowymi hitami są wyroby czekoladopodobne, będące sumą badań marketingowych i pokłosiem gustów tych, których jest najwięcej. Takimi właśnie dziełami zajmują się opiniotwórcze magazyny pokroju Newsweeka. Niejednokrotnie je chwaląc.

Tymczasem pojawia się gra, która gównem nie jest i przy której twórcy ryzykują całkiem sporo, zabierając się za temat nie do końca medialny. Do tego gra zrobiona porządnie, odnosi nadspodziewany sukces, stworzono ją nad Wisłą i… I jak się okazuje, to za mało, by okazać takiej grze zwykły szacunek. Zamiast tego Newsweek wybiera drogę na skróty, by zbytnio się nie napocić, a wierszóweczka leciała. No więc easy mode, czyli… przemoc w grach. Jedziemy!

Mamy zatem powtórkę ze sławetnej relacji z Digital Dragons, gdzie nie było o tym, o czym być powinno, tylko że w tym wypadku obrywa się grze, która de facto uczy czegoś przeciwnego (wrażliwości) niż to, o co ją się posądza (znieczulicy), więc beka jest podwójna. Zamiast przyjrzeć się grze nie od strony jej dojrzałego przesłania, myślenia, do którego zmusza i sukcesu, który osiągnęła, Newsweek tworzy artykuł pod tezę, mimo że dowody niezbyt pasują. Równocześnie tygodnik prosi o skomentowanie sprawy prof. Nęckiego, który skoro zna się na seksualnych wampirzycach pokroju mamy Madzi, to zna się zapewne i na grach. Jedno i drugie w końcu „be”.

Poza tym napotykamy heheszkowate sugestie, że sequelem TWoM będzie gra o Auschwitz (proponuję tytuł: AuschwitzVille) i wgłębiamy się w pseudopsychologiczną analizę, którą można podsumować “nie znam się, to się wypowiem”.

wara_news2

Jednakże teraz być może nieco zaskoczę. Tak naprawdę głównym problemem w artykule Newsweeka nie jest brak zrozumienia natury gier. Bo to by jeszcze można zrozumieć. Patrząc z perspektywy psychologa, opinia publiczna ma od wieków problem z kwestią przyczynowości w grach – przymyka się oko na brutalne filmy, na siejące nienawiść utwory muzyczne, na prowokujące książki, ale grom darować nie można, ponieważ nie jesteśmy w nich biernym odbiorcą. To Ty pociągasz za spust, Ty decydujesz się okraść, to Ty zabijasz. Nieważne z jaką wymową i w jakim celu. Ważne, że możesz to robić i że jest to w pewien sposób nagradzane. Stąd właśnie w umysłach wielu niegrających ludzi tworzy się obraz, że wszystko, co przekracza tę granicę, musi być w jakiś sposób złe i niemoralne. I ludzie ci nie są w stanie przezwyciężyć tego typu myślenia.

Podejście to oczywiście w bestialski sposób marginalizuje kontekst. Newsweek wraz z Nęckim widzą This War of Mine jako grę, która czynione przez gracza zło gloryfikuje w postaci wzmocnień behawioralnych. Nie widzą natomiast tego, że gra 11 Bit Studios stanowi studium granic, do jakich potrafi posunąć się człowiek, zarówno ten awatar na ekranie, jak i my, którzy nim sterujemy. I że jest to w sumie lekcja bardzo mocna. To właśnie ze względu na ten wymiar wielu graczy przechodzi tę grę “na czysto” i robi co może, by w tym przeoranym wojną świecie ich bohaterowie zachowali jak najwięcej godności. Bo tu trochę chodzi też o godność nas samych.

Newsweek nie tyle, co tego nie rozumie (co, jak wspomniałem, wybaczyłbym), co ma to gdzieś. I tego już puścić płazem nie można. Wychodzi Nęcki i mówi „cyberzabawa!”. Owszem, This War of Mine to tylko gra i to gra, która nie zmieniła mojego życia. Jednak śmiem twierdzić, że większą komponentę zabawy znajdziemy w wojenkach z PiS-em bądź n-tym artykuliku o księdzach-pedofilach, które tak bardzo uwielbia tygodnik, niż w sukcesie polskiego, mocnego tytułu dla dorosłych i w jego antywojennym, pacyfistycznym przesłaniu.

Nie mam złudzeń, że obraz gier w kulturze popularnej nigdy nie będzie idealny. Odpalasz dziś najnowszy odcinek Rodzinki.pl i dzieci tam grają na joystickach. Ale co innego wyłożyć się na temacie z braku dostatecznej wiedzy, a co innego zaserwować grze, która dokłada malutką cegiełkę, by zmieniać świat na lepsze, tak niesprawiedliwą opinię.

Dlatego właśnie, drogi Newsweeku, wara od This War of Mine!

Related posts

Slow writing