W realu
esp

E-sport to nie sport. Transmisja w ESPN tego nie zmieni

Jednak kariery niefortunnego terminu i tak już nic nie zatrzyma.

Co tu dużo mówić, sprawa jest wyjątkowo delikatna. W końcu ten blog promuje gry i graczy. Cieszy mnie zatem rozwój turniejowych form gier komputerowych, coraz poważniejsze pieniądze, jakie na to lecą, wypełnianie niemałych hal sportowych widzami i ogólne poczucie hossy, które towarzyszy tego typu rozrywce.

Tymczasem dziś ustawię się w kontrze do e-sportu. Przed weekendem gruchnęła wieść, że międzynarodowy turniej w grę komputerową pokaże amerykańska stacja sportowa ESPN (dla niewtajemniczonych – to sportowy gigant; dostęp do ESPN ma ponad 85% amerykańskich gospodarstw domowych). Eksperci mówią, że to duży kamień milowy w rozwoju e-sportu. Chyba mają rację. Ale to także kolejny etap mydlenia oczu i nazywania sportem czegoś, co sportem nie jest.

Być może za późno na głosy sprzeciwu. Sprawy zaszły już daleko, słowo “e-sport” się przyjęło, a jego “za” i “przeciw” przeanalizowano niejeden raz. Mimo to siadam do pisania. Może dlatego, że jestem graczem, ale mam też sportowe wykształcenie. Temat zatem szczególnie bliski.

Właściwie to można by go zamknąć w kilka sekund. W e-sporcie nie ma wysiłku fizycznego i sprawa załatwiona. Niestety, jak już wspominałem, kwestia ta od jakiegoś czasu dyskutowana do rzygu. Dlatego na argument “fizyczny” zwolennicy słowa “e-sport” mają przygotowane odpowiedzi niczym kowboj magazynek podczas pojedynku przed saloonem. Te odpowiedzi można by streścić w trzech słowach. Szachy. Brydż. Curling.

Zwłaszcza to ostatnie to prawdziwy as w rękawie. Bo skoro dochodzi do tego, że na Igrzyska Olimpijskie przedostaje się symulator sprzątaczki, to tym bardziej na miano sportu powinien zasługiwać meczyk w StarCrafta, pojedynek w League of Legends, czy bitwa w Call of Duty.

Odpowiadając, dlaczego mimo wszystko nie zasługuje, teoretycznie najpierw się pogrążę. Wiecie, te jajca z szachami, golfem, czy curlingiem, to nie przypadek. Definicja sportu rozmywa się od wieków, a jego historia pełna jest przypadków, kiedy coś zostało zakwalifikowane jako sport, a coś innego nie, podczas gdy równie dobrze mogło być odwrotnie. Zadziałały wpływy kulturowe, przypadek lub Bóg wie co jeszcze.

I tak właśnie gdy w starożytności dwoje ludzi chwytało się i ściskało, by powalić tego drugiego na ziemię, zapasy uznano jako sport. Gdy w średniowieczu identyczny cel zabawy obwarowano nieco innymi regułami, dając uczestnikom do ręki kopie i sadzając ich na konie, niedoszły sport pozostał tylko rycerską formą pojedynku.

Zatem tak do końca nie wiadomo, czym jest sport. Czy to znaczy, że mamy wolną drogę, by w dzisiejszych czasach spokojnie zaliczyć do niego turniejowe formy gier komputerowych? Nie. To raczej dowód na to, że definicję sportu należy tym bardziej uściślać, bo jeśli się ją odrobinę poluzuje, od razu robią się jaja.

Aktywność fizyczna to od zarania dziejów fundament większości sportów. Gdy spytasz przeciętnego Kowalskiego, co jest wyróżnikiem sportu, powie ci, że wysiłek fizyczny. Nie możemy zatem sankcjonować nazywania e-sportu sportem tylko dlatego, że ktoś kiedyś rypnął się w podobny sposób, prawdopodobnie działając pod wpływem grup interesu, i do grona dyscyplin sportowych zaliczył szachy.

Gdy pada kwestia wysiłku fizycznego, zwolennicy słowa “e-sport” lubią powołać się na jeszcze jeden argument. Świadomi tego, że sterczenie godzinami przed komputerem niespecjalnie pozytywnie wpływa na rozwój fizyczny, podkreślają, że sport też nie jest pod tym względem cacy. Przytaczają przykłady umierających na zawał piłkarzy, borykających się z problemami zdrowotnymi ciężarowców i posiadających błony między palcami pływaczek z NRD-ówka. Normalnie jak w klasyku polskiego komentatorstwa. „Trzeba wybrać: uroda albo sztanga. Pintusewicz wybrała tę drugą ewentualność.”.

Ten argument jest po prostu zły. Sport to powszechne dobro, zarezerwowane nie tylko dla tych, którzy poświęcają mu całe życie. Na casualowym poziomie naprawdę trudno o wniosek inny, jak ten, że jest korzystny dla zdrowia i samopoczucia. Pod tym względem nie ma w ogóle porównania do gapienia się godzinami w ekran. Ja wiem, że paradygmaty naukowe się zmieniają i mleko raz jest zdrowe, a raz nie, ale granie raczej długo jeszcze nie będzie ideałem zdrowo spędzanego czasu. Ono ma wiele różnych zalet, które z uporem maniaka staram się promować tu na tym blogu. Ale jeden z najwybitniejszych norweskich fizjologów sportu powiedział kiedyś, że człowieka, który nie dba o rozwój sportowy, odesłałby do psychiatry, bo to samobójstwo dla własnego ciała. Czy kiedykolwiek komuś przyszłoby to powiedzieć o grach?

I tu jest pies pogrzebany. O e-sporcie mówi się głównie w kategorii makro, opisując wypełnione po brzegi hale, czy świętujących sukcesy profesjonalnych graczy. A gdzie jest w tym wszystkim ten zwykły user, ten… no właśnie, kto? E-sportowiec-amator?

Póki co, mówiąc o e-sporcie mamy na myśli establishmentową formę. Skupia ona grową elitę, co nijak ma się do sytuacji tzw. przeciętnego człowieka, ciupiącego w gry z rankingami po godzinach. Ten dalej jest graczem, a nie sportowcem. Bo czy ktokolwiek, chadzając na dzielnicowe turniejki Hearthstone’a, określiłby to jako amatorskie uprawianie sportu?

Tymczasem sport, jak już wspominałem, ma być powszechny. Może go uprawiać każdy, odbijając piłkę tenisową o murek zdezelowanej kamienicy lub kopiąc futbolówkę na piaskach Copacabany. Rozwój sportu postępuje “od dołu do góry”, a nie jak e-sportu “z góry do dołu”. Dlatego właśnie zapisując się na kurs badmintona z treningiem co tydzień, bądź uczestnicząc w maratonie po ulicach Warszawy poczujesz się częścią sportu. Tego poczucia uczestnictwa w e-sporcie nie da Ci okazjonalny meczyk w LoL-a.

Podobieństwa pomiędzy e-sportem, a sportem, nie zmieniają sprawy. To prawda, że jest ich sporo. Kariera wymagająca poświęcenia, wyrzeczeń i startu w młodym wieku. Dążenie do mistrzostwa. Opieka trenerska i trening mentalny. Rywalizacja, teamy, turnieje. Konieczność zmierzenia się ze stresem występu publicznego. Kontrakty ze sponsorami, a na topowym poziomie status celebryty.

To prawda również, że o polskich mistrzach w jakiejś grze komputerowej będziemy kiedyś mówić tak, jak o Lewandowskim, czy Kowalczyk, a odpowiednik Zimocha pewnego dnia wykrzyknie e-sportowe “Turku, kończ ten mecz!”, wyrażając w ten sposób marzenia milionów ludzi.

I to prawda, że pewnie dożyjemy czasów, kiedy w polskiej telewizji obejrzymy finały w DOTĘ. Ale, nawiązując do artykułu na Gamezilli, mam nadzieję, że nie będzie to Polsat Sport. Ani żaden inny kanał sportowy.

Mistrzostwa w grach komputerowych są po prostu profesjonalną, turniejową formą gier video. Ich uczestnicy to herosi cyber-rozrywki. Czy to nie wystarczy?

photocredit: Pedro Hassan
Udostępnij

Facebook Comments

  • http://www.orace.pl wnawrocki

    Zapewne minie sporo czasu, zanim zostaną utworzone typowo esportowe programy telewizyjne. Pomimo, że dla mnie esport jest na swój sposób sportem- to przyznam rację w jednej kwestii. Programy o tematyce sportowej nie powinny emitować rozgrywek esportowych. To jest jakby wciskanie meczu piłki nożnej na antenę programu informacyjnego… Czytałem ten wpis jakoś po jego opublikowaniu, ale dopiero po kolejnej lekturze postanowiłem skomentować.
    Ostatnimi czasy w Polsce na Polsat Viasat Explore była emisja z League of Legends, a już od czwartku zaczyna się DreamHack2014. Wydaje mi się, że umiejscowienie rozgrywek esportowych na takim właśnie kanale jest… Celnym strzałem.

    • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

      Ale materiały o piłce w serwisach informacyjnych bywają i to nawet na 1 miejscu. Nie powinno ich być? 😉

      • http://www.orace.pl wnawrocki

        Podałem zły przykład. To coś jakby wciskanie filmów erotycznych na kanały dla dzieci…

Historie

cod10

Czuwanie w wirtualu przy chorym w realu

ser4

Zdalnie doprowadzał do awarii serwerów. Stał się idolem tych, którym zepsuł grę

wyp1

Zakup gry to nie wyjście po bułki. Może być wyprawą po Złote Runo

proces

O wirtualnym procesie, który poszedł nie tak

wypal2

Wypalenie zawodowe? Skonsultuj się z graczem lub famaceutą

gho

Non Omnis Moriar 2.0. Czyli o graniu z duchem

zaw

Zawał serca kilkadziesiąt centymetrów dalej

7368012472_a3a38e5672_o

Jak (nie) zdradzić partnera w grze video

cierp

Cierpliwość popłaca. Nie tylko w realu

wdowy

Wdowy po graczu

fsy2

W sieci grasuje mściciel

niemo

Z niemożliwym da się wygrać

vam

Zgryz

eth

Etos zalogowany. Czy wirtualność uczy dobra?

leer1

Leeroy Jeenkins. Człowiek i krzyk

osta

Ostatnie życzenie

inf3

Infiltracja 2

hea

Ręce, które leczą

mank

Żona Mankrika. Kobieta trudno dostępna

ggggggggg

Miłość w czasach gier online

swifty

Areszt na żywo. Grał i go zwinęli

gang

Gracz kontra gangsterzy

los

Dzielny Hans i zły łoś

chloro

Gwałt w wirtualu. Konsekwencje w realu

bitwagraczy

Bitwa o szósty okruch

toksyczne

W wirtualności, jak w realu, nie wszyscy się z wszystkimi lubią

farmerzy3

Skazani na granie. Dosłownie.

gri

Grieferzy. Psychole wirtualnych światów

lordbrit

Zabójstwo inne niż wszystkie

podziemie1

Seksualne podziemie w World of Warcraft

smiercwgrach

Gdy umiera gracz, ginie jego awatar

infilt

Infiltracja

Epidemia

Epidemia

psy

Chcieć to móc!

boski

O graczu, który jeden dzień był bogiem

outland

Outland

Polub blog na Fejsie :)