Lubię e-sport. Ale „sport” w jego nazwie to pomyłka.

Ten tekst napisałem kilka lat temu. Mimo wszystko w nieco innej erze e-sportu. Dziś, kilka dni po wypowiedzi Zbigniewa Bońka, która rozgrzała internet do czerwoności, przypominam artykuł w wersji zremasterowanej.

Lubię e-sport.

Może nie jestem typem gracza, który z wypiekami na twarzy śledzi turnieje i relacjonuje ich przebieg na Twitterze, ale e-sportowy hype czasami potrafi porwać i mnie. Gdy Virtusi walczyli w Tauron Arenie lub w katowickim Spodku, z wypiekami na twarzy kibicowałem, czując, że wspieram „naszych”. I jak chyba większość, widzę e-sport jako mocno rozpędzający się pociąg. Trudno nie zauważyć, że popularnością wśród nastolatków e-sportowcy potrafią przebijać piłkarzy.

Z drugiej strony, cały czas mam w głowie jedną wątpliwość. Najpopularniejsze globalne sporty tradycyjne to dyscypliny proste. E-sport ma na ich tle bardzo wysoką barierę wejścia. Nie da się śledzić CS-a bez znajomości meandrów, wiedząc wyłącznie, że wygrywamy wtedy, gdy tamci zginą. Nie da się wejść do Spodka prosto z ulicy i satysfakcjonująco obejrzeć meczu Heartstone’a. Pokonanie tego właśnie problemu to moim zdaniem największe obecnie wyzwanie e-sportu. Klucz do wejścia na poziom wyżej. Jesli się nie uda, opisywana bariera kiedyś może okazać się sufitem.

Miało być jednak o e-sportowych kontrowersjach. A jedną z powracających częściej jest wciąż – jak to Boniek określił – kwestia „wielogodzinnego walenia w joystick”, w sytuacji, gdy w nazwie posiadasz słowo „sport”. Jasne, że elektroniczny. Ale sport.

Temat powrócił jak bumerang za sprawą jednego z najwybitniejszych polskich piłkarzy. Oddajmy mu głos:

Oczywiście tweet prezesa PZPN to typowa dla niego wypowiedź z gatunku „a wsadzę se kij w mrowisko”. I bzdura totalna. Nazywanie e-sportu patologią tylko dlatego, że jest „siedzony”, nakazywałoby za patologię określić również szereg innych popularnych aktywności, z wieczornym zasiedzeniem się nad dobrą książką na czele.

Jednak z jakiegoś powodu Boniek napisał to, co napisał, o e-sporcie. Nie napisał tego o czytaniu, sklejaniu modeli, czy spędzaniu czasu na Twitterze. Dlaczego?

W mojej ocenie powód ten jest bardzo konkretny. Jest nim słowo. Słowo „e-sport”.

Tu nie chodzi o logiczny argument…

Jak już wspomniałem, lubię e-sport. Nie będę jednak ukrywał i powiem od razu (zresztą zrobiłem to już w tytule), że nazywanie e-sportu e-sportem nie podoba mi się. To, co sobie na ten temat sądzę, nie ma oczywiście najmniejszego znaczenia. Słowo “e-sport” przyjęło się, nie ma konkurencji i nie zanosi się na to, by kiedykolwiek cokolwiek miało się w tym temacie zmienić. Sprawy zaszły za daleko.

Mimo to, temat uważam za niezmiennie ważny. Może dlatego, że jestem graczem, ale mam też sportowe wykształcenie. Temat zatem szczególnie bliski.

Nie da się jednak ukryć, że dyskusja na ten temat jest… trudna. Oponenci terminu „sport elektroniczny” zwykle zaczynają rozmowę od argumentu, że w e-sporcie nie ma wysiłku fizycznego. Na ich nieszczęście, na argument “fizyczny” zwolennicy słowa “e-sport” mają przygotowane odpowiedzi niczym kowboj magazynek podczas pojedynku przed saloonem.

Przykładowe to: szachy, curling, brydż.

No i właśnie. Dlaczego mielibyśmy mieć problem ze „sportem elektronicznym” w sytuacji, gdy Garry Kasparow i komputer Deep Blue to teoretycznie sportowcy? Dlaczego mamy czepiać się jakiegoś LoL-a i CS-a, skoro dochodzi do tego, że na Igrzyska Olimpijskie przedostaje się symulator sprzątaczki? I dlaczego pojedynkiem sportowym nie może być meczyk w StarCrafta, pojedynek w League of Legends, czy bitwa w Call of Duty, skoro partyjka w brydża zasługuje na to miano?

Rozprawienie się z tymi argumentami jest – nie boję się tego określenia – niemożliwe. Definicja sportu rozmywa się od wieków. Rządzi tym przypadek, lobbying i moda. Coś zostało zakwalifikowane jako sport, a coś innego nie. Równie dobrze mogło być odwrotnie, ale zadziałały takie, a nie inne wpływy kulturowe.

I tak właśnie gdy w starożytności dwoje ludzi chwytało się i ściskało, by powalić tego drugiego na ziemię, zapasy uznano jako sport. Z kolei gdy w średniowieczu identyczny cel zabawy obwarowano nieco innymi regułami, dając uczestnikom do ręki kopie i sadzając ich na konie, niedoszły sport pozostał tylko rycerską formą pojedynku.

Co zrobisz? Nic nie zrobisz.

Umówmy się zatem co do jednego: jakbyśmy chcieli powalczyć na logiczne argumenty, w życiu nie dojdziemy do tego, czym właściwie jest sport. Tym samym – nie uda mi się przekonująco udowodnić, że termin „sport elektroniczny” jest zły. I nie ma, że aktywność fizyczna to od zarania dziejów fundament większości sportów. Nie ma, że gdybyśmy spytali przeciętnego Kowalskiego, co jest wyróżnikiem sportu, oczywiście odpowie: „wysiłek fizyczny!”. Mleko się, drodzy państwo, rozlało. Samo to, że ktoś kiedyś rypnął się, prawdopodobnie działając pod wpływem grup interesu, i do grona dyscyplin sportowych zaliczył szachy, sprawia, że definicja jest dziś dosyć niejasna. I sytuacja się na tym froncie nie poprawi. Po ptokach.

Żeby było gorzej, w temacie wysiłku fizycznego jest jeszcze jeden argument na obronę terminu “e-sport”. Sterczenie godzinami przed komputerem niespecjalnie pozytywnie wpływa na rozwój fizyczny, ale w wyczynowo uprawianym sporcie często też nie. Umierający na zawał piłkarze, naszprycowani chemią kolarze, borykający się z problemami zdrowotnymi ciężarowcy, czy posiadające błony między palcami pływaczki z NRD-ówka to ponownie tylko niektóre przykłady. Jak mawiał klasyk polskiej komentatorki, „Trzeba wybrać: uroda albo sztanga. Pintusewicz wybrała tę drugą ewentualność”.

…. tu chodzi o odpowiedzialność społeczną

O ile „sport albo zdrowie” to w wyczynowej aktywności fizycznej realny dylemat, na casualowym poziomie trudno jednak o inny wniosek niż ten, że sport jest korzystny dla zdrowia i samopoczucia. Jeden z najwybitniejszych norweskich fizjologów sportu powiedział kiedyś, że każdego człowieka, który nie dba o rozwój sportowy, odesłałby do psychiatry. Czy kiedykolwiek komuś przyszłoby to powiedzieć o grach? Chyba nie. Paradygmaty naukowe zmieniają się, mleko raz jest zdrowe, a raz nie, ale pewne rzeczy są constans. Granie raczej długo jeszcze nie będzie ideałem zdrowo spędzanego czasu. Sportowy wysiłek fizyczny raczej długo nie będzie kojarzył się z czymś niezdrowym. Elektroniczna rozrywka ma wiele różnych zalet, które z uporem maniaka staram się promować tu na tym blogu. Ale tej jednej nie ma. Nie przedłuży ci życia.

W czyimś życiu brakuje e-sportu? No cóż, to słabo. Ten e-sport to fajna rzecz. Ale cóż mogę powiedzieć – nie grasz? No trudno, dramatu nie ma.

Tymczasem brak sportu to dramat.

I właśnie dlatego to, by sportem nazywać sport, a nie gry komputerowe, jest ważne. To kwestia odpowiedzialności społecznej. Zwłaszcza w stosunku do dzieci.

Atleci? Nie, ale wciąż bohaterowie

E-sport i sport łączy wiele. Kariera wymagająca poświęcenia, dążenie do mistrzostwa, opieka trenerska, cykle treningowe, teamwork, turnieje, konieczność zmierzenia się ze stresem występu publicznego, kontrakty, a na topowym poziomie status celebryty. Długo można by wymieniać. O polskich mistrzach w jakiejś grze komputerowej będziemy kiedyś mówić tak, jak o Lewandowskim, czy Stochu, a odpowiednik Zimocha pewnego dnia wykrzyknie e-sportowe “Turku, kończ tę mapę!”, wyrażając w ten sposób marzenia milionów ludzi.

Ale wciąż, sport to sport. Kropka. Żadnego e-sportowca nie określilibyśmy słowem „athlete” (no, może poza Paszą). Mistrzostwa w grach komputerowych są po prostu profesjonalną, turniejową formą rywalizacji w popularne gry komputerowe. Ich uczestnicy to herosi elektronicznej rozrywki. I tyle. To powinno wystarczyć. To i tak jest nobilitujące. A przynajmniej nie wkracza na teren tych, którzy są prawdziwymi atletami.

 


 

W pierwotnej wersji tekstu, pisanej w 2014, oprócz kilku fajnych myśli, które nawet podobają mi się po latach, było kilka zabawnie przestrzelonych analiz. Na przykład: „Sport ma być powszechny. Zapisując się na kurs badmintona z treningiem co tydzień, bądź uczestnicząc w maratonie po ulicach Warszawy poczujesz się częścią sportu. Tego poczucia uczestnictwa w e-sporcie nie da Ci okazjonalny meczyk w LoL-a.”.

Napisałem również, że może dożyjemy czasów, kiedy w polskiej telewizji obejrzymy finały w DOTĘ.

Oh well….. 😛

photocredit

 

  • avatar25

    Dla mnie sport to rywalizacja.

  • Nigdy jakoś specjalnie nie zależało mi, by spędzanie czasu z grami wideo nazywane było sportem lub e-sportem i zgadzam się z częścią argumentacji osób, które nie chcą określać profesjonalnego grania namiastką sportu. Nie rozumiem jednak zdziwienia, że ktoś potrafi się poirytować, gdy natrafi na komunikat będący prowokacją – prowokacja do tego służy. Z pewnością Boniek zdaje sobie sprawę, że „walenie w joystick” to forma pogardy, która zawiera w sobie na dodatek pewne znaczące wzmocnienie – ignorancję na pokaz (joysticki nie należą do kontrolerów, które kojarzymy z e-sportem i w dobie internetu oraz wszędobylskich informacji wdzierających się w nasze umysły z pewnością można byłoby dotrzeć do myszek, klawiatur, gamepadów, arcade sticków i tak dalej). Dotarliśmy do momentu, gdy precyzyjne komunikaty przestały być zaletą komunikacji – dziś dyskusje nie mają być inteligentne, mają być na poklask. Wyścigi samochodowe etc. określamy mianem sportu i nikt o to kopii nie kruszy, a to przecież również szybkie i precyzyjne reagowanie kontrolerami – kierownicą, skrzynią biegów i pedałami… i trzeba do tego sprawności, trzeba do tego ruchu, ćwiczeń, treningu. Gdybyśmy chcieli prowadzić inteligentną dyskusję, sięgnęlibyśmy zapewne do słowników etymologicznych, do fachowej literatury, jednakże nie ma absolutnie żadnego sensu, by rozmawiać o e-sporcie na poważnie, jeśli sam początek dyskusji (ćwierk Bońka) do poważnych nie należy i w zasadzie mało komu zależy, bo nawet sympatykom e-sportu brakuje chęci do poważnej debaty. Możemy natomiast podyskutować o emocjach i o graniu na emocjach, bo ostatnimi czasy owe granie urosło niemalże do rangi sportu. W utarczkach słownych zwycięzcą jest ten, kto komunikację opuszcza z tarczą, przegrany zaś niesiony jest na tarczy, której nie potrafił we właściwy sposób użyć do ochronienia się przed werbalnymi ciosami przeciwnika. Boniek wielkim piłkarzem był i to mu trzeba uczciwie przyznać, jednak aktualnie lepiej byłoby dla niego, by zszedł ze sceny… już jakiś czas temu, a nie bawił się w bycie celebrytą i pieniaczem. Gdy rozpoczął grę w bycie trenerem reprezentacji okazało się, że przerosła go ambicja, a jego przyjaciele z Michelem Platinim na czele retorycznie pytali „po co ci to?”. Efektem był wesoły football – wszyscy się z Bońka i z jego chłopaków śmiali, bo komunikacja między nimi nie sztymowała – większości (biorąc pod uwagę kontekst międzynarodowy) było wesoło. Skoro sport to zdrowie i skoro z nawalania w joystick zdrowia nie przybywa, to znaczy, że nawalenie w joystick sportem nie jest. Na gruncie logiki (formalnej) się to broni, lecz na gruncie historii (tu należałoby udać się do sławetnego starożytnego Rzymu) już niekoniecznie. Dodatkowo nie zapominajmy o predyspozycjach, kontuzjach itd. Zdecydowanie wolę (od frazy „sport to zdrowie”) powiedzonko „w zdrowym ciele zdrowy duch” (sport jest kojarzony ze zdrowiem dlatego, że do sportu trzeba się przygotować i to przygotowywanie jest zdrowe, dla przykładu – bieganie jest z pewnością zdrowsze niż zupełny brak ruchu, ale sam bieg w maratonie nie jest aż tak zdrowy jak codzienne bieganie, które sportem nie jest – jest przygotowaniem do sportu). Robienie pompek, przysiadów i brzuszków to ćwiczenia, nie sport (to że należy ćwiczyć by skutecznie uprawiać sport nie oznacza, że obydwa obszary są tożsame). Nie przyszedłem tu oczywiście wygrywać dyskusji, bo tej dyskusji nie da się ani wygrać, ani przegrać i w nosie mam, czy e-sport można kwalifikować jako sport, zdaje mi się jednak, że nawalanie w joystick bliższe jest sportowi niż przyciskanie pilota przed ekranem telewizora okazjonalnie wyświetlającym okrągłą piłkę i bramki dwie oraz ludzi wokół – tym optymistycznym akcentem zakończę mój nieco żartobliwy wywód. 😉

Slow writing