6. Gdy umiera gracz, ginie jego awatar

Śmierć w grze online jest dziwna. Nie, nie ta, która skutkuje podróżą duszka z powrotem do ciała i kończy się wskrzeszeniem awatara. To śmierć GRACZA w grze jest dziwna. Przychodzi bowiem do dwóch światów naraz.

Czas na krótką opowieść. Za czasów świetności mojego serwera w World of Warcraft mieliśmy naprawdę fajne community. Wśród tych kilkuset zintegrowanych osób, odgrywających swoje postaci i nadających im ciekawe osobowości, był również wojownik o imieniu Londuin. Nieco zgryźliwy i zdystansowany wobec siebie, miał ten dystans również do wszystkiego dookoła i nabierał go szczególnie w pewnej wirtualnej knajpce w mieście Stormwind, gdzie społeczność serwera miała jedną z najczęściej odwiedzanych miejscówek. Raczył się tam regularnie wirtualnym browarem, a ci, którzy wznosili z nim toasty nie mieli pojęcia, że człowiek, który w realu stoi za Londuinem, umiera.

O tym, że tak jest, dowiedzieliśmy się od niego samego, gdy na forum gry napisał długiego posta, w którym wyjaśnił, że jest chory na nieuleczalną chorobę. Zapomniałem jej nazwy, bo była trudna, zapamiętałem natomiast to, z jaką rozbrajającą szczerością stwierdził po krótkim wstępie: „As a matter of fact, I will die soon”. Miał na imię Andrew. Był ze Szkocji. Miał dziewiętnaście lat.

Tymczasem w grze wydarzenia toczyły się tak, jakby nic się nie działo. Londuin był jak zawsze pełen życia. Żartował i brał udział we wspólnych eventach. Kontrastowało to dosyć drastycznie z tym, że w forumowym wątku pojawiały się kolejne updejty o walce z chorobą. Oglądaliśmy zdjęcia, a na nich łóżko, pełno jakiejś aparatury, nieco zmęczoną, ale spokojną twarz, rurki w nosie, a obok łóżka monitor LCD i włączoną grę. W pewnym momencie, gdy jakiś zabieg podtrzymujący życie w jego ocenie się udał, zrzucił na chwilę maskę dystansu wobec choroby i napisał YEAH z kilkunastoma wykrzyknikami. To był szczery wybuch radości. Mimo, że z jednej strony pogodzony z losem, chłopak gdzieś wewnątrz cały czas miał nadzieję.

Gdy w pewnym momencie zniknął na dłużej, myśleliśmy, że to znowu jakaś operacja, bo z jego ostatnich słów wynikało, że nadal walczy i to jeszcze nie koniec. Dwa lub trzy tygodnie później pojawił się jednak inny wątek. Zatytułowany był bardzo krótko, „Londuin”, a w środku zawierał tylko jedno zdanie. Po długiej walce z chorobą Andrew zmarł.

Uczucie, które towarzyszyło mi przez kilka dni po tym, co się stało, zapamiętam jako jedno z najdziwniejszych w życiu. Na gruncie własnego umysłu miałem poczucie, że odszedł Londuin. Nie Andrew. Gadałem o tym ze znajomymi. Mieli podobnie. Umarł gracz, a z racji tego, że egzystowaliśmy z nim głównie przez jego wirtualne wcielenie, czuliśmy, jakby odeszła ta postać, którą znamy od dawna, a nie ta, która poznaliśmy dopiero na końcu.

Działo się to pomimo tego, że wiedzieliśmy, kto stoi za zgryźliwym wojownikiem i byliśmy świadkami jego odejścia. Bywa jednak tak, że osoba stojąca za awatarem jest totalną niewiadomą. I wtedy ten midfuck jest prawdopodobnie jeszcze ostrzejszy.

Pamiętam zasłyszany przypadek, w którym w pewnej gildii zniknął nagle mag o imieniu Knud. Z racji tego, że był bardzo aktywnym graczem, na poziomie in-game współgracze wiedzieli o nim wszystko. Na poziomie realu nie wiedzieli o nim nic, bo gracz kompletnie nie poruszał tej sfery.

Pewnego dnia po odwaleniu codziennej roboty w WoW-ie Knud umówił się ze znajomymi na wspólne granie. Powiedział, że idzie zrobić szybkie shopping i wraca za godzinkę. Jednak nie stawił się na umówiony rajd. Nie pojawił się również wieczorem, ani następnego dnia, a gdy minęło kilka tygodni zdziwieni towarzysze broni, którzy słusznie podejrzewali, że nagłe zniknięcie tak aktywnego gracza jest kompletnie nie w jego w stylu, postanowili dowiedzieć się, co się z nim dzieje.

Po nitce do kłębka przeczesywali Internet i jakimś cudem dokopali się do adresu mailowego kogoś, kto prawdopodobnie był znanym im Knudem. Na wysłaną wiadomość odpisała im osierocona córka tej osoby. Okazało się, że jej mama tego feralnego dnia, gdy poszła do marketu, wpadła pod samochód. Zmarła w szpitalu.

Przy okazji gracze dowiedzieli się również o jeszcze jednej rzeczy. Grając męską postacią Knuda, kobieta wspominała w ten sposób swojego zmarłego męża. Ojciec dziewczyny, tak, tej osoby, która odpisała graczom, nosił to imię.

W grach, zwłaszcza tych abonamentowych, ludzie często odchodzą nagle z błahych powodów i nikt nie pyta, dlaczego. Jeśli więc śmierć gracza przypomina historie SF, w których równolegle egzystują dwa światy i zmiana w jednym ma swój oddźwięk po drugiej stronie lustra, to masz dużą szansę, że po tej drugiej stronie jej nie dostrzeżesz. Widzisz bowiem tylko awatara niezalogowanego od miesięcy bądź lat. Nie masz powodu, by podejrzewać, że przyczyna może być aż tak poważna.

To, co się dzieje po fakcie w takich wypadkach, również powiązane jest z grą. Historia pokazuje, że przynajmniej kilku zmarłych graczy WoW-a zostało w ten lub inny sposób uhonorowanych obecnością w grze. W miejscu zwanym The Barrens znajdziecie z kolei majestatyczny wirtualny grób zmarłego artysty Blizzarda („Shrine of the Fallen Warrior”). Na moim serwerze mocno zabiegaliśmy, by imię Londuina nosił w WoW-ie dobry trunek. Niestety petycja do twórców nie przyniosła skutku.

Anyway, na uroczystym pożegnaniu Londuina w grze stawiło się prawie sto ludzi. Być może więcej niż Andrew miał na swoim prawdziwym pogrzebie. A nie mówiłem, że śmierć w grach jest dziwna?

Related posts