Gracz z wewnętrznym konfliktem, czyli o dylematach tworzenia postaci – cz. 1

Gdy kolega zwierzył się niedawno, że stworzenie zadowalającej go postaci w Skyrimie zajęło mu 5 godzin, wcale mnie to nie zdziwiło. Moje awatary powstają czasem tygodniami. Skąd bierze się to, że wielu graczy mogłoby się pod tak absurdalnymi praktykami podpisać?

Stworzenie satysfakcjonującego bohatera w grze (MMO)RPG bywa zadaniem trudniejszym niż pokonanie finalnego bossa na najwyższym poziomie trudności. To dla części graczy długa mordęga, w czasie której dojrzewają myśli na temat tego, czego tak naprawdę chce się od gry. Jeśli więc czytając rozbiegówkę tego felietonu przyszło wam na myśl słowo „przesada”, to usprawiedliwiana jest ona przez przynajmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, stworzenie bohatera bywa stworzeniem kogoś, z kim zżywasz się na przestrzeni nie dni, a lat. I nie mam tu na myśli tylko gier MMO, z zasady długowiecznych. Wiele tytułów singleplayer opowiada w dzisiejszych czasach długą historię na przestrzeni kilku gier.

Drugie usprawiedliwienie jest jednak ważniejsze. Na gracza tworzącego postać czekają dylematy i pułapki, czasem przyprawiające o solidny ból głowy. Ich efekt można sprowadzić do wspólnego mianownika:  nie możesz mieć postaci takiej, jaką najbardziej chcesz mieć, bo pewne rzeczy, na których ci zależy, wzajemnie się wykluczają lub z jakichś względów są niemożliwe do spełnienia. Co wtedy? Trzeba wybierać, bo rodzi się konflikt. I o takich właśnie sytuacjach, które z gracza tworzącego awatara czynią człowieka z konfliktem wewnętrznym, będzie w dzisiejszym felietonie. W pierwszej koleności skupię się na tych najczęstszych, z jakimi się spotykam, w części drugiej (która niebawem) opowiem o tych mniej znanych, które dopiero „raczkują”, ale w niedalekiej przyszłości coraz częściej będą dla wszystkich wrzodem na tyłku.

KLASA vs RASA

Na początek nieco o ikonicznym dylemacie z gier RPG i MMORPG, jakim jest sytuacja, gdy interesująca gracza kombinacja rasy i klasy postaci okazuje się niedostępna. Restrykcje tego typu pojawiają się zwykle z uwagi na potrzebę spójności świata fabularnego. I faktycznie, na pierwszy rzut oka niemożność grania elfem paladynem w Baldurze, czy undeadem druidem w WoW-ie, ma sens. Bywa jednak, że tego typu ograniczenia w równym stopniu wynikają z troski o lore gry, jak też stanowią wynik… luki w nim, którą twórcy mogliby wypełnić ciekawym contentem, ale tego jeszcze nie zrobili. Wierzcie mi, w tym drugim wypadku nie ma takich rzeczy, których nie można by upchać, i wcale nie mam tu niczego negatywnego na myśli. W WoW-ie od pewnego czasu można grać night elfem magiem, co bardzo ładnie uzasadniono ewolucją historii.

Bywają oczywiście gry, w których restrykcji co do wyboru klasy dla danej rasy nie ma (z ostatnich hitów taką grą jest np. Guild Wars 2). Jednak jeśli twórcy nie proponują nam tej wolnej amerykanki, lub też o ile nie trafia nam się idealny zestaw tego, co chcemy, czasem trzeba wybierać. I co wtedy robisz, graczu? Wychodzisz od rasy, a potem do niej dobierasz klasę? A może odwrotnie: przede wszystkim chcesz grać klasą, a potem dobierasz do niej rasę? Z czego prędzej zrezygnujesz?

Dylemat ten ma dodatkowy urok w postaci tego, że motywacje wyboru rasy i klasy wśród rolplejowców bywają bardzo podobne. Oczywiście w większości gier to klasa bardziej determinuje gameplay (nie zawsze jednak), lecz jeśli wziąć pod lupę wizualny wygląd postaci i klimat z nią związany jako inne ważne czynniki, które bierzemy pod uwagę tworząc awatara, to ten ogólny feeling klasy buduje w olbrzymim stopniu  zarówno rasa, jak i klasa. Czym zatem w pierwszej kolejności kieruje się gracz, który „widzi się” w danej grze jako hasające wśród drzew kolejne wcielenie Legolasa: czy zaczyna od wyboru elfa, czy też zaczyna od wyboru łucznika? I co sprawia, że jeśli na serio zadać ludziom to pytanie, padną tu różne odpowiedzi, mimo że i jedna i druga prowadzi do tego samego?

Ciekawą wariację omawianego dylematu stanowi sytuacja, w której klasa poniekąd oznacza również rasę. Taką sytuację mamy np. w Diablo 3. Nie ma zmiłuj, jeśli fajnie gra ci się witch doctorem, lecz średnio pasuje ci jego zamaskowana facjata, musisz go wybrać z całym dobrodziejestwem inwentarza. Tak jak w małżeństwie.

Z autopsji: dylemat ten jest tak klasyczny, że oczywiście niejeden raz dał mi się we znaki, a wielokrotnie i najmocniej chyba urządził mnie w World of Warcraft. Ot, pierwszy z brzegu przykład z ostatnich miesięcy: ani night elfy, ani draenei, czyli rasy, którymi najbardziej lubię grać, nie posiadają opcji grania warlockiem, który na tę chwilę najbardziej odpowiada mi spośród klas magicznych.

Konflikt został rozwiązany, ale specjalnie zadowolony wciąż nie jestem, bo oczywiście Ameryki nie odkryłem, Blizzarda do swoich racji też nie przekonałem i po prostu z czegoś tzreba było zrezygnować. Wybrałem rasę ponad klasę. Warlock jest dziś dla mnie którymś tam w kolejności altem, mimo że z ręką na sercu mógłbym powiedzieć: „To dla mnie obecnie najbardziej pociągająca klasa w grze”.

KLASA vs POWER

… czyli rzecz o graczach, na których działa tzw. flavor of the month. W grach termin ten odonosi się ni mniej ni więcej do tych spośród nas, którzy przejawiają nieodpartą pokusę, by grać tym, co w danej chwili pozwala topować. Pół biedy, jeśli biorą się za średnio długą grę singlową, bo mają dużą szansę, że zanim wejdzie jakikolwiek patch, którzy wszystko zmieni, będzie już po sprawie. Problem zaczyna się wtedy, gdy gracz o takiej „słabości” wchodzi w MMORPG, bo w perspektywie kilku lat ma niemalże jak w banku, że ujrzy takie czasy, w których jego klasa jest dobra, w których jest świetna i w których jest absolutnie do bani. I co wtedy? Zwykle w tego typu sytuacji liczba altów zaczyna rosnąć w tempie geometrycznym, a w tym samym postępie rośnie również frustracja, bo kolejny i kolejny reroll postaci zwykle nie jest takim hop-siup.

Znam kilku „flavorowców” i muszę przyznać, że tym, co mnie u nich zdumiewa, jest to, jak nawet za n-tym razem wydają się zaskoczeni, gdy ich klasa nagle dostaje od developerów po ryju. To tak, jakby jakiegoś gościa żona zdradziła z innym facetem po raz ósmy i reakcją na przyłapanie lubej in flagranti było szczere: „Ja p….lę, niemożliwe!”.

Załóżmy jednak, że w grze nie grozi ci sytuacja, w której twoja klasa może stać się w pewnym momencie słaba. Mimo braku takiego zagrożenia, drogi graczu, czy podczas kreacji bohatera nie zdarzyło ci się czasem, że wybierasz nie klasę, która feelingiem pasuje ci najbardziej, lecz taką, którą gra ci się może trochę gorzej, ale która w dłuższej perspektywie gwarantuje ownowanie przeciwników z zamkniętymi oczami? Think about it.

Z autopsji: ci, co ze mną hasają po wirtualnych uniwersach z pewnością przyznają, że zamiast „flavorowania” przejawiam odwrotną rzecz: jakąś masochistyczną skłonność do grania tymi, którzy mają pod górkę lub są underpowered. W WoW-ie wylevelowałem priesta jeszcze w czasach, kiedy wylevelowanie priesta było świadectwem przebycia drogi pełnej trudów i znojów. Potem wylevelowałem drugiego :).

Być może łudziłem się, że dzięki temu będę zasługiwał na specjalny rodzaj szacunku od growych współbraci. Nie zmienia to faktu, że po kilku latach zaczęła mnie ta sytuacja zdrowo wkurzać i dziś z racji posiadania dużej ilości altów przejawiam ochotę grania najmocniejszymi, by bez wysiłku dawać wycisk innym graczom. Usprawiedliwiam się, że to w ramach rewanżu za te wszystkie lata grania underdogami.

KLASA vs GRUPA

Przytrafiła ci się kiedyś, drogi graczu, sytuacja, w której to grasz ze znajomymi w grę multiplayerową i nagle okazuje się, że wszyscy chcecie grać łojącymi wrogom tyłczyska warriorami z potężnym dwuręcznym młotem? A może nieobcy jest ci zonk, kiedy w MMO spikujesz się z przyjaciółmi i jest fajnie, cudownie i w ogóle kizi-mizi do momentu, gdy patrząc na przekrój party uświadamiacie sobie, że na 5 osób nie ma healera, a wszyscy chcą grać dps-ami? I krąży podskórnie to, czego nikt nie chce powiedzieć otwarcie: kto się wyłamie. Niczym konsternacja na WF-ie: kto stoi na bramce?

Jeśli któraś z tych sytuacji przywołuje wspomnienia, to pewnie przy tworzeniu kolejnego bohatera w grze multi już się zastanowisz, czego potrzebuje grupa. I być może okaże się, że klasa, którą trzeba by zagrać dla koherencji teamu nie jest tą klasą, którą chciałoby się zagrać najbardziej.

Czym się wtedy kierować? To trudne pytanie. Na pewno wiele zależy tutaj od czasu rozgrywki. Na jedno popołudnie łatwiej się poświęcić niż na miesiące lub lata w MMO. To jednak trudne pytanie również z innego względu. Cokolwiek wybierzesz, poniekąd twój wybór jest lamerski.

Z jednej strony bowiem gra to rozrywka i poświęcanie własnej frajdy w czymś, co nie jest poważną sytuacją życiową, lecz sposobem na miło spędzony relaks, zakrawa wręcz na wejście w rolę grupowego pomiatacza. Z drugiej strony zaś, troska o innych,  o dobrą, wspólną zabawę z nimi, jest czymś szlachetnym i to, czy dotyczy to spraw ważnych, czy tylko wzięcia na klatę leczenia i pozwolenia reszcie podps-ować, nie zmienia nic co do prospołecznej istoty takiej decyzji.

Z autopsji: wiecie, dlaczego w WoW-ie wylevelowałem druida w piątym roku grania, mimo że klasa ta od początku wydawała mi się fascynująca? Dlatego, że na szóstkę moich bliskich przyjaciól trójka miała druida jako swoją główną postać. Jeśli chciałem z kimś poquestować, prawdopodobieństwo, że ta osoba też będzie druidem sięgało 50% i z uwagi na to uznałem, że nie ma sensu. Naiwne? A może mądre? Ocenę pozostawiam wam.

W drugiej części artykułu opowiem o najnowszych dylematach przy tworzeniu postaci w grach. Ich nowość wynika z nowych trendów w grach (MMO)RPG. Jestem również solidnie ciekaw, z jakimi dylematami podczas tworzenia postaci spotkaliście się wy. Jak je rozwiązaliście i czy bardzo bolało? :> 

Related posts

Slow writing