9. Grieferzy. Psychole wirtualnych światów

Istnieją tacy ludzie, którzy włączają grę tylko po to, by zepsuć innym przyjemność grania. W niniejszym wstępie do nauk o grieferach przedstawiam jedną z najbardziej kontrowersyjnych grup zamieszkujących wirtualne światy.

Jeśli bawiliście się kiedyś w osiedlowej piaskownicy (ja nie, bo miałem swoją), być może pamiętacie takie dzieci, których nie interesowało wznoszenie zamków, stawianie babek ani budowanie tuneli. O wiele większą radość sprawiał im natomiast moment, gdy ktoś wieńczył swoje wielkopomne dzieło z piasku, a one nagle niszczyły wszystko butami. Płacz i pisk towarzyszy zabawy stanowił dla nich dowód dobrze wykonanej roboty.

Są takie przerośnięte dzieci, dla których tą piaskownicą stały się światy wirtualne. Nazywa się ich grieferami.

Griefer to taki ktoś, kogo każdy grający w gry online napotka na swojej drodze. To ten, przez kogo inni gracze wyłączają grę, za którą zapłacili, bo nie są w stanie grać bez narażania się na totalną frustrację. Griefer nie jest zainteresowany przechodzeniem gry, zwyciężaniem, ani swoim awatarem. Jest natomiast żywotnie zainteresowany twoim. By utrudnić ci życie i wkurzyć cię podczas czynności, której celem jest rozrywka i relaks.

Podam Wam przykład mojego „ulubionego” griefera z World of Wacraft. Epicki świat tej gry przez lata miał jedną wadę. Mimo ogromnych połaci terenu, posiadał bardzo niewiele szlaków transportowych pomiędzy dwoma kontynentami. Na jednym z nich, w bardzo newralgicznym miejscu zainstalował się człowiek i dzień w dzień od rana do wieczora zabijał przechodzących graczy. A z racji tego, że miejsce to zwane Portem Menethil, było kluczowym punktem transportowym szczególnie dla niskopoziomowych postaci, gościu właściwie sparaliżował wielu osobom progresję, nie łamiąc przy tym ŻADNYCH zasad gry.

Zabijał graczy, bo mógł – grał na serwerze, gdzie walka pomiędzy graczami była dozwolona. Miał również małego fetysza: WSZYSTKIE błagalne prośby od graczy, by pozwolił im przejść, zrzucał do plików graficznych i wrzucał w internet, by beka z całej sytuacji mogła być publiczna. To absurdalne muzeum można zobaczyć tutaj.

W końcu zaczęli go nazywać celnikiem i strażnikiem Menethil. Ci sami, którzy płacili kilkanaście dolców miesięcznie za grę i mieli problem, by po tej grze swobodnie się poruszać. Angwe stał się nieodłącznym elementem folkloru serwera, a zrzuty ekranu, pełne błagalnych próśb i równie stanowczych odmów, nadały mu tytuł króla grieferów w WoW-ie.

A teraz przenieśmy się do Second Life. Jednym z najsłynniejszych aktów griefingu w tym świecie była sytuacja, której ofiarą padła Ailin Graef, kobieta nazwana przez CNN „Rockefellerem wirtualnych światów” za sprawą dorobienia się nieprawdopodobnej fortuny (prawdziwej) na działaniach w Second Life. Przyniosły jej one kupę kasy i, jak się zaraz przekonacie, również odrobinę niezdrowego zainteresowania grieferów.

W grudniu 2006 roku Graef umówiła się na wywiad z reporterem CNET-u. Rozmowa miała być przeprowadzona oczywiście w Second Life, gdzie stawił się reporter się i gdzie kamera zaczęła wszystko nagrywać. Wtedy to właśnie na milionerkę spadł… deszcz gumowych, różowych penisów i zdjęć jej samej, trzymającej w ręku to właśnie narzędzie autoerotycznej rozkoszy. Tak, to robota grieferów.

Dwa powyższe przykłady to sytuacje, w których osoby będące celem ataku griefera były bezradne. Czy tak jest zawsze? Na szczęście nie. W większości przypadków gracz nie jest bezbronny, a poniżej macie tego dowody.

Dowód 1: W wypadku spamu na kanałach komunikacyjnych gry zwykle mamy do dyspozycji tzw. „ignore” i możemy za pomocą tej funkcji wyłączyć wypowiedzi griefera.
Dowód 2: Gdy nieznajomy warlock w World of Warcraft oferuje ci skorzystanie z przyzwania i nie mówi, że jego „wylot” umieścił wraz z kolegami nad przepaścią, w którą wlecisz, jeśli wejdziesz w portal, to może i powinna ci się zapalić czerwona lampka nad głową, by korzystać tylko z portali od znajomych.
Dowód 3: plagę niektórych serwerów Minecrafta, czyli wandalizm zbudowanych przez graczy budynków, możemy ograniczyć odpowiednimi pluginami.

Czasem jednak – i w takie sytuacje celują grieferzy – nie da się w grze znaleźć niczego, co nas obroni przed grieferem. No może poza wylogowaniem się. W WoW-ie na serwerach umożliwiających wzajemne zabijanie się graczy, normą są ludzie, którzy swoimi napakowymi awatarami wybierają się na tournee po krainach dla niskopoziomowych postaci i siedzą tam godzinami, urządzając sobie radosną rzeź niewiniątek. I jeśli grupa twoich przyjaciół się nie skrzyknie i nie przepędzi sukinsyna, to masz problem. Więcej nawet, taki griefer po tym jak zabije twojego awatara, pobiegnie prosto do cmentarza, z którego będziesz próbować się wskrzesić i uniemożliwi ci jakąkolwiek ucieczkę. W praktyce oznacza to, że nie jesteś w stanie grać danym awatarem póki grieferowi zabawa się nie znudzi.

Być może część z Was zadaje sobie teraz pytanie, kim za ekranem komputera muszą być tacy ludzie, jak grieferzy. Cóż, wśród „normalnych” graczy pokutuje opinia, że grieferzy to antyspołeczni kolesie jak z obrazka poniżej: sami są słabymi graczami i odreagowują to, że nie chce ich żadna dziewczyna w prawdziwym świecie. To nie do końca prawda. Poznałem kilku graczy, dla których griefing to hobby i powiem Wam jedno: to często ludzie z tak gigantycznym dystansem do siebie i świata, że to właśnie dystans ten pcha ich w kierunku kontrowersyjnych działań. Wiecie, griefer robi coś głupiego, a potem sprawdza co się dzieje.  Griefer to zatem również, a może nawet przede wszystkim, obserwator.

Mimo to pytanie, jak się przed nimi bronić, jest oczywiście aktualne. A odpowiedź brzmi: ich własną bronią. Dystansem.

Nie ma innej rady. Bo skoro griefer żeruje na takim designie gry, który umożliwia robienie innym krzywdy bez narażania się na konsekwencje, to pole do popisu nigdy mu się nie skończy. Nawet w realu miliony lat ewolucji i setki tysięcy lat rozwoju kultury nie pozwoliły naszemu gatunkowi wykształcić mechanizmów, które pozwoliłyby na ostateczną eliminację zachowań antyspołecznych. A co dopiero mają  powiedzieć światy wirtualne, które są o wiele młodsze…

photocredit: Wee Sen Goh

Related posts

Slow writing