Wirtualne światy
chloro

Gwałt w wirtualu. Konsekwencje w realu

Czy można mówić o gwałcie, gdy seks bez swojej woli uprawia nie człowiek, lecz jego wirtualny awatar? Echo, jakim odbiła się ta historia w realnym życiu jej uczestników, to dowód, że porównanie wcale nie jest absurdalne.

Wyobraźcie sobie wielki pokój w równie wielkiej rezydencji. Nie jest to zwykły dom, bo istnieje tylko w wirtualnym świecie. Nikt go nie może zobaczyć, bo świat ten nie ma grafiki. Jest pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych – uniwersa eksplorowane i opisywane wyłącznie za pomocą wyświetlanego na ekranie tekstu nie stanowią jeszcze reliktu zamierzchłej przeszłości.

W takiej właśnie scenerii rozegrał się jeden z najgłośniejszych dramatów psychologicznych dawnej ery społeczności sieciowych.

Miejsce, która Wam opisałem, było szczególnym punktem wirtualnego świata o nazwie LambdaMOO. To we wspomnianym pokoju często zbierali się jego bywalcy, by rozmawiać i socjalizować się. To tutaj regularnie odbywały się imprezy online. Jedna z nich przybrała zupełnie nieoczekiwany obrót.

Wśród wielu graczy, którzy znajdowali się tamtego wieczoru w pokoju, był człowiek ukryty za awatarem o nazwie Mr Bungle, pozujący na obrzydliwą postać w stroju klauna i znany reszcie społeczności jako osoba dziwna, jakby nieco psychopatyczna. To właśnie on w pewnym momencie imprezy zaczyna przystawiać się do jednej z uczestniczek, by ta zaspokoiła go na wszelkie, z detalem opisane sposoby. Kobieta się godzi i przesuwający się na ekranie tekst nagle staje się ostrym opisem sceny porno. Chwilę potem uwaga wszystkich przenosi się na inną osobę płci pięknej, która najwyraźniej postanawia nie być gorsza i dobiera się do wszystkich naokoło. Na koniec czat przywłaszcza sobie mężczyzna, który wszem i wobec ogłasza, że ma ze sobą cały arsenał narzędzi kuchennych i proponuje użycie ich w celach pozakulinarnych. To, co zaczęło się jako wirtualne party, kończy się jako wirtualna orgia.

Jednak w przeciwieństwie do typowej sytuacji, w której sieć staje się miejscem uprawiania seksu, epilogiem tej sceny nie jest zaspokojenie potrzeb. Jej oddźwięk w życiu realnym to szok i niedowierzanie uczestników. Żaden z nich nie napisał bowiem ani jednej linijki tekstu, która mogłaby przyczynić się do tego, co się stało.

Zrobił to za nich złośliwy skrypt, wygenerowany przez nie kogo innego, jak awatara Mr Bungle. To jego działania sprawiły, że dobrzy znajomi, socjalizujący się na wirtualnej zabawie, zainteresowali się sobą na zupełnie nowym poziomie. Ich awatary zostały zgwałcone, uprawiając seks bez swojej woli, a cała sprawa wykroczyła poza wirtualność, gdy okazało się, że trauma rozlewa się na real.

Świat LambdaMOO miał swoje kanały, gdzie userzy omawiali wspólnie newralgiczne kwestie. Zaraz po tym, jak cała powyższa sytuacja miała miejsce, pojawił się na nim emocjonalny wpis kobiety, która bez swojej zgody uprawiała swoim awatarem cyberseks z obleśnym klaunem. Teksty typu “Chcę, by go wykastrowali” należały do najłagodniejszych, a gdy parę miesięcy później świadek wydarzenia rozmawiał z nią o incydencie, przyznała, że tamtego wieczoru łzy lały się jej po policzkach strumieniami.

Była weteranką światów tekstowych, zaprawioną w ich specyfice jak mało kto. A jednak cała sytuacja kompletnie ją przerosła.

Wśród ofiar incydentu znalazła się również kobieta, która wcześniej w realu została zgwałcona. Jak się domyślacie, cała scena otworzyła jej psychiczne rany i to do niej należał poniższy wpis na kanale.

„I am requesting that Mr. Bungle be toaded for raping Starsinger and I. I have never done this before, and have thought about it for days. He hurt us both.”

Gniew społeczności rósł z każdym kolejnym wpisem, a te pojawiały się jak grzyby po deszczu. Wydawało się, że wszystko jest przesądzone i wirtualna głowa wirtualnego gwałciciela zostanie efektownie ścięta. Wtedy jednak okazało się, że nie będzie to wcale takie proste.

LambdaMOO był bowiem światem skonstruowanym w ten sposób, że do usuwania użytkowników potrzebował interwencji programistów. Jak na ironię, kilka miesięcy przed incydentem ci stwierdzili, że od tej pory biorą na siebie tylko sprawy techniczne i nie będą mieszać się do życia serwera. Wirtualny świat miał sam rozwiązywać swoje problemy.

Tymczasem grupa jego bywalców jakby nie załapała, co to oznacza: nie miała wykształconej struktury, rządów, referendów i innych elementów organizacji społecznej. Jej członkowie zgadzali się co do tego, że Mr Bungle był kimś, kogo należało, że zacytuję Jana Tomaszewskiego, wypierdolić dyscyplinarnie. A jednak gdy przyszło coś tak prostego zrobić, nikt nie miał pojęcia, kto ma o tym decydować.

Społeczność podzieliła się wtedy z grubsza na trzy stronnictwa:
– tych, którzy twierdzili, że brakuje podstaw systemowych, by rozprawić się z Mr Bungle i takie podstawy trzeba jak najszybciej stworzyć;
– tych, którzy uważali, że nie ma się w ogóle nad czym zastanawiać i jakaś silna ręka powinna natychmiast wcisnąć czerwony guzik z napisem “ban” i do widzenia;
– tych, którzy głosili, że zamiast reperkusji społeczność winna wypracować mechanizmy prewencyjne, takie jak np. ignore usera.

Był to moment, w którym cała sprawa wykroczyła poza kwestię winy i kary, stając się dla tej społeczności pytaniem o jej tożsamość; pytaniem o to, kim właściwie jesteśmy. Trudno się zatem dziwić, że trzy dni później w jednym z pomieszczeń domostwa zebrał się największy tłum, jaki kiedykolwiek w jednym miejscu widziało LambdaMOO. Jak wspominał jeden ze świadków, aurę klaustrofobicznego tłoku dało się wyczuć, mimo w tym świecie nigdy nie było przestrzeni, tylko same litery.

Celem spotkania był sąd nad Mr Bungle.

Dyskusja zaczęła się z wysokiego C. Obozy prześcigały się w argumentach, strony toczyły spory, a wspólny cel, by rozwiązać konkretny problem, schodził na coraz dalszy i dalszy plan. Uwaga wszystkich skierowała się w tę samą stronę dopiero wtedy, gdy nagle do pokoju wszedł… Mr Bungle.

Strumień obraźliwych określeń zalał winnego tego bajzlu i i wydawało się, że historia wirtualnego gwałtu stanie się również historią wirtualnego linczu. Mr Bungle przetrzymał jednak ten atak i argumentował, że zawitał tym razem tylko jako obserwator. Stopniowo klimat dyskusji stygł i stygł. Ludzie zaczęli opuszczać pokój, aż została tylko garstka, rozmawiająca ze sobą na luzie. Przepych epickiego wydarzenia ulotnił się gdzieś zupełnie.

I gdy tak wydawało się, że koniec wielkiego konklawe okaże się kuriozalnym anti-climaksem, decyzję na klatę wziął jeden z administratorów, czyli tych, którzy teoretycznie mieli być tylko od spraw technicznych. Mówiąc, że już czas na niego i musi się wylogować, szybko usunął Mr Bungle’a i było po sprawie. W ten sposób wirtualna śmierć spadła na winnego w formie czegoś nieznośnie nijakiego, jakby ktoś od niechcenia pacnął przelatującą muchę.

W kolejnych latach pokój, w którym doszło do głośnego cybergwałtu, stał się celem wirtualnych wycieczek niczym po jakimś muzeum. LambdaMOO nigdy nie należało do wielkich hitów w swoim gatunku. Zaczęło być jednak kojarzone z tym jednym incydentem.

Na koniec jeszcze jedna rzecz. Jakiś czas po opisanych wydarzeniach do społeczności dołączył niejaki Dr Jest. Nazwa tej postaci pojawia się w tym tekście po raz pierwszy, ale tak naprawdę już się z nią zetknęliście. Był to nie kto inny jak Mr Bungle.

Podobno bardzo się zmienił. Zrzucił swoje oblicze psychola, które od zawsze mu towarzyszyło i nie pozował już na obrzydliwego, oblepionego wszelakimi fluidami klauna. W końcu pewna grupa graczy podjęła próbę przełamania barier. I wtedy Dr Jest zniknął z LambdaMOO.

Gdy wspominano go podczas kolejnych imprez w wielkiej rezydencji, pojawiały się ciche głosy, że po swojej przemianie jednak nie zniósł ostracyzmu. Czy świadomość odtrącenia w wirtualnym świecie była wystarczającą karą za wirtualny gwałt?

Udostępnij

Facebook Comments

Historie

cod10

Czuwanie w wirtualu przy chorym w realu

ser4

Zdalnie doprowadzał do awarii serwerów. Stał się idolem tych, którym zepsuł grę

wyp1

Zakup gry to nie wyjście po bułki. Może być wyprawą po Złote Runo

proces

O wirtualnym procesie, który poszedł nie tak

wypal2

Wypalenie zawodowe? Skonsultuj się z graczem lub famaceutą

gho

Non Omnis Moriar 2.0. Czyli o graniu z duchem

zaw

Zawał serca kilkadziesiąt centymetrów dalej

7368012472_a3a38e5672_o

Jak (nie) zdradzić partnera w grze video

cierp

Cierpliwość popłaca. Nie tylko w realu

wdowy

Wdowy po graczu

fsy2

W sieci grasuje mściciel

niemo

Z niemożliwym da się wygrać

vam

Zgryz

eth

Etos zalogowany. Czy wirtualność uczy dobra?

leer1

Leeroy Jeenkins. Człowiek i krzyk

osta

Ostatnie życzenie

inf3

Infiltracja 2

hea

Ręce, które leczą

mank

Żona Mankrika. Kobieta trudno dostępna

ggggggggg

Miłość w czasach gier online

swifty

Areszt na żywo. Grał i go zwinęli

gang

Gracz kontra gangsterzy

los

Dzielny Hans i zły łoś

chloro

Gwałt w wirtualu. Konsekwencje w realu

bitwagraczy

Bitwa o szósty okruch

toksyczne

W wirtualności, jak w realu, nie wszyscy się z wszystkimi lubią

farmerzy3

Skazani na granie. Dosłownie.

gri

Grieferzy. Psychole wirtualnych światów

lordbrit

Zabójstwo inne niż wszystkie

podziemie1

Seksualne podziemie w World of Warcraft

smiercwgrach

Gdy umiera gracz, ginie jego awatar

infilt

Infiltracja

Epidemia

Epidemia

psy

Chcieć to móc!

boski

O graczu, który jeden dzień był bogiem

outland

Outland

Polub blog na Fejsie :)