29. Jak (nie) zdradzić partnera w grze video

Niewierność w sieci to nie tylko czaty na portalach. To także interakcje dziejące się w grach.

Nie, nie chodzi o sytuacje, kiedy związki rozpadają się przez uzależnienie od gier. O tym pisałem już we Wdowach po graczu (swoją drogą, nie spodziewałem się, że będzie to drugi najpopularniejszy tekst na blogu po Epidemii). Dziś będzie o prawdziwych romansach między ludźmi z krwi i kości. Ze zdradą w tle…

Wiecie, nieprzypadkowo akcja wielu buchających erotyczną dramaturgią powieści przełomu poprzednich dwóch stuleci, jakimś cudem nazywanych również lekturami szkolnymi, dzieje się w sceneriach typu kurort, czy sanatorium. To swego rodzaju zamknięty świat, którego „mieszkańcy” są na siebie skazani.

Definicja uniwersum online’owej gry jest bardzo podobna.

Jeśli więc na pierwszy rzut oka coś takiego, jak życie miłosne za plecami partnera w grze brzmi absurdalnie, uwierzcie, że to tylko pozory. W końcu pełno tu czatów, interakcje z innymi częste, ludzi dookoła multum, czas wspólnie spędzany spory, a do tego wiele gier w najlepszych czasach budowało i buduje społeczności. A społeczności to w końcu silne więzi.

Wszelakiego rodzaju skoki w bok mogą się więc zdarzyć w grze sieciowej. I z pewnością zdarzają się. Pas cnoty w postaci braku kontaktu wzrokowego bywa niewystarczający, jeśli weźmiemy pod uwagę, do czego zdolna jest wyobraźnia, gdy pozwoli jej się wypełniać puste przestrzenie.

Jednocześnie urok gier sieciowych polega na tym, że dzieją się tu rzeczy niecodzienne. Starałem się to udowodnić wiele razy i tym razem będzie tak samo.

Nie będę Wam dziś zatem pisał o przypadkach typowych. Opowiem natomiast o pewnej graczce, która doszła do wniosku, że gra jest idealnym miejscem, by sprawdzić wierność swojego faceta. W świecie gry laska wcieliła się w awatara, którego jej chłopak nie znał. Następnie zaczęła zagadywać swojego lubego i ten tego, a wszystko po to, by prowokować coś więcej niż przyjaźń. Cel? Przekonać się, czy partner połknie haczyk i czy udowodni tym samym, że to, o co go podejrzewa, jest prawdą. Bo podejrzewała go od dawna.

Pomysł był oczywiście totalnie bez sensu. W związkach z długim stażem wystarczają niuanse, by kapnąć się, że styl rozmowy drugiej strony wygląda znajomo.

No ale tego opisywana dziewczyna nie wzięła pod uwagę. W końcu gdy ludzie paranoicznie posądzają drugą połówkę o zdradę, myślą bardzo dużo, a jednocześnie nie myślą. Mają wyostrzoną percepcję, widząc przejawy niewierności w uśmiechu do listonosza, wyczuwając drugie dno w przyjęciu do pracy tej, a nie innej osoby, czy też wietrząc problemy z partnerem, gdy czyjeś posty na Fejsie komentuje częściej niż wpisy innych. W tym natłoku myśli łatwo o nieracjonalne pomysły.

Także facet się oczywiście zorientował. Był nim mój dalszy wprawdzie, ale jednocześnie dosyć wylewny znajomy z gildii, dzięki czemu mogę Wam powiedzieć, co wtedy zrobił. Zgłupiał.

Bo wbrew pozorom tę sytuację mógł zinterpretować na różne sposoby. Czy ona robi sobie żarty? Czy też na serio ma jakiś problem? A może ma do czynienia ze szczytem absurdu i jego własna dziewczyna robi skok w bok, nawiązując romans w sieci z facetem i nie wiedząc, że to jej chłopak? Jak w komedii romantycznej, która w programie telewizyjnym dostaje jedną gwiazdkę na trzy. Co oznacza, że “można obejrzeć”, a co w praktyce oznacza, że to jakiś dramat.

Facet tej dziewczyny tak się właśnie czuł. Czuł się jak w jakimś tanim dramacie.

Sytuacja dosyć długo pozostawała nierozwiązana. Wiadomo było tylko tyle, że do kolegi w grze przystawia się jakaś panna, a on podejrzewa, że to jego własna dziewczyna.

Niedługo potem zrobiłem sobie przerwę od WoW-a, więc nie mam pojęcia, jak to się skończyło. Ale jedno mogę powiedzieć. Gdy widziałem, w jaki sposób ów kolega nawiązuje relacje w grze, na miejscu jego kobiety też wpadłbym w paranoję.

Czas na drugą opowieść, usłyszaną od kogoś, kogo kiedyś zapytałem, jaka była najdziwniejsza rzecz, którą w World of Warcraft kiedykolwiek widział. No worries, tym razem znam finał.

Sytuacja pozornie bardzo podobna. Ponownie facet jako ofiara (sorry, ale umówmy się, że nie będę naginał faktów w imię politycznej poprawności), ponownie poznana w grze przyjaciółka dąży do pogłębienia znajomości i ponownie facetowi pewnego dnia włącza się lampka, że osobę, która z nim flirtuje, zna.

Różnica polega na tym, ze tym razem gość nie wpada w mentalny stupor. Zauważa, że sposób, w jaki rozmawia z nim nieznajoma, jest dziwny. Dziwnie znajomy. Ale nie podejrzewa własnej dziewczyny. Ma do niej zaufanie – to raz, a dwa, że dzięki temu zaufaniu może z nią sobie na luzie pogadać. Zatem gada i opowiada jej o wszystkim.

W efekcie gdy dochodzi do kolejnej sytuacji „z podtekstem”, tajemnicza adoratorka nie wie, że tym razem obiekt westchnień analizuje każde jej słowo razem ze swoją dziewczyną. I to ona rozpoznaje, kto jest po drugiej stronie ekranu. Twierdzi, że to znajomy z gildii. Jednocześnie ich kumpel ze szkoły.

Teraz mała dygresja. Chyba każdy, kto ogląda filmy, ma ochotę czasem puknąć się w głowę, patrząc na to, co dzieje się na ekranie. Do absolutnej klasyki momentów, kiedy widzowie zadają sobie pytania spod znaku trzech literek “W”, “T” i “F”, należą sceny, gdy w finale dochodzi do ogólnie rozumianej apokalipsy; wali się budynek, za rogiem wybucha wulkan, lada chwila bomba ma odesłać pół miasta do historii, a mimo to antagonista-psychol zawsze znajdzie czas, by objawić dobremu bohaterowi sekrety swojego niecnego planu. Albo mając go na muszce cierpliwie wyjaśnia, dlaczego go zabije.

Luki w scenariuszu? Wbrew pozorom w tym wypadku filmy dobrze wyłapują cechę spotykaną u ludzi, którzy mają nierówno pod sufitem. Przedstawiciele owego gatunku Ziemian często nie mają problemu z tym, by otwarcie mówić o sobie, być z siebie dumnym i śmiało patrzeć w oczy, szczerze nie rozumiejąc, jakim cudem masz jakiś problem z tym, że właśnie rozmawiasz ze socjopatą.

Cecha ta ma jeden plus. Dzięki niej my wszyscy możemy dowiedzieć się, dlaczego człowiek, który w realu był znajomym opisanej pary, w wirtualu podrywał swojego kolegę. Udając kobietę. Pomimo, że był hetero.

Wiecie, co on chciał zrobić? Chciał przyłapać znajomego na dwuznacznej sytuacji i w decydującym momencie porobić zrzuty ekranu. Następnie zamierzał pokazać je jego dziewczynie, by zniszczyć związek. Dlaczego? Bo twierdził, że ją kocha. Jakby na dowód tego, że miłość i destrukcja lubią iść w parze.

I tym optymistycznym akcentem…

photocredit: Kris Olin

Related posts