Jestem graczem. Będę mordercą?

Tylko w jednej grze online, w którą gram od wielu lat, zabiłem prawie milion przeciwników i ze sto tysięcy awatarów innych graczy. I gwarantuję wam, że wielu ma znacznie lepsze wyniki. Czy wyrasta nam generacja morderców? Telewizja twierdzi, że tak.

W tefałenie właśnie powiedzieli, że zabójca z Waszyngtonu grał w gry, „w których strzela się do ludzi”. Powiedzieli to oczywiście dwa razy, by nikomu nie umknęło. O tym, że filmy sensacyjne pewnie też oglądał już z kolei nie mówili. Bo po co? Mainstreamowe kino, książki, wartościowe seriale z HBO – to wszystko pcha nas jedynie ku górze niczym w teoriach Junga. Tylko te cholerne gry i granie w nie to problem, a zarazem dowód ciemnej strony natury zamachowca, przedstawiony w materiale telewizyjnym jako opozycja tej dobrej, czyli głębokiej religijności, która jeszcze przecież nikogo nie popchnęła do przemocy.

Ale ironia na bok. Zapomnijmy na chwilę o całej napince, bo szkoda nerwów. Na naszych oczach ta sama historia toczy się przecież po raz n-ty. A to oznacza beznadziejny przypadek. Chorobę nieuleczalną z przebiegiem takim jak zawsze. Gdzieś ktoś kogoś zabija, wysadza lub przetransportowuje na drugą stronę rzeki Charona. Potem w telewizji mówią, że zabójca grał w gry, czasem nawet nie dodając, że w te brutalne, bo to oczywiście w domyśle to samo. A jutro zacznie się ciąg dalszy, bo podchwyci to ktoś z tzw. prasy opiniotwórczej i zabierze się za nabijanie wierszóweczki. Potem pójdzie już gładko. Przyjdzie czas na podrasowywanie tematu, by nabrał nieco hollywoodzkiej epickości. Pomocną dłoń wyciągnie pewnie nowe GTA. I za jakiś tydzień gdzieś się dowiemy, że to przez GTA V zabijano w Waszyngtonie. Mimo że w momencie premiery zamachowiec już nie żył.

Cóż, same old story. Dziennikarz nie zna się na grach, więc się wypowiada. Wypadałoby zatem machnąć na to ręką. A mimo to zamiast szykować już piwko na wieczór z Ligą Mistrzów siedzę i płodzę zdania do tego felietonu. Wiecie dlaczego? Nie dlatego, że obraz gier ucierpi przez reportaż w Faktach, bo gry sobie poradzą bez telewizji. Uderzające jest po prostu to, jak łatwo telewizja, czyli medium, które jak żadne inne przyczynia się do upadku i degrengolady wszystkiego, co się rusza, od lat radośnie zrzuca z siebie odpowiedzialność i strzepując łupież z marynarki mówi między słowami: „My jesteśmy spoko. To przez gry ludzie zabijają się na ulicach.”

Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że ten teatrzyk będzie trwał w najlepsze. Nie pomogą znawcy tematu, nie pomogą wyniki badań, nie pomoże statystyka. Dlatego tych wszystkich argumentów, które wskazują na to, że granie nie czyni z normalnych ludzi morderców, nie będę Szanownemu Panu Redaktorowi Z Tefałenu przytaczał. Po pierwsze, i tak tego pewnie nie przeczyta. Po drugie, za dwadzieścia minut zaczyna się wspomniana Liga Mistrzów. Chciałbym odwołać się jednak do jednej rzeczy, takiej zdroworozsądkowej.

Mordercy tacy jak Breivik, czy Aaron Alexis z Waszyngtonu to nie są nastolatki, którym dopiero kształtuje się kręgosłup moralny. To ludzie dorośli, którzy – i co Pan na to, Panie Redaktorze? – są w wielu ostatnich przypadkach osobami w wieku średnim; przedstawicielami pokolenia, które wcale nie wychowywało się na grach od kołyski i nie dostawało Playstation na chrzciny. Zatem sugerowanie, że to przed komputerem ludzie ci „dojrzeli” do zabijania równoznaczne jest z postawieniem tezy, że gry są typowym praniem mózgu, zdolnym przekabacić człowieka z ukształtowanym kręgosłupem moralnym w kandydata na mordercę. A to z kolei oznacza, Szanowny Panie Redaktorze, że w samych Stanach Zjednoczonych mamy jakieś 180 milionów potencjalnych terrorystów. Bo mniej więcej tyle osób gra tam w gry.

Że co? Że w takim razie mogą wchodzić w grę inne czynniki? Może nawet takie z deka ważniejsze, jak osobowość, choroba psychiczna, wychowanie, stres, czy sytuacja życiowa? Brawo, brawo, brawo. Proponuję następnym razem przyglądać im się głębiej, bo tak się składa, że koegzystencja „i grał, i zabił” to niekoniecznie to samo, co przyczynowość „grał, więc zabił”.

Related posts

Slow writing