Katastrofa fabularna w World of Warcraft. Pisarze Blizzarda pod obstrzałem graczy

Nienajlepiej zaczyna nowy rozdział w najpopularniejszej grze MMORPG wszech czasów. Konsekwencją znaczącego zwrotu fabularnego w World of Warcraft jest lawina krytyki i bezprecedensowy kryzys tożsamości u graczy Hordy.

Jest pewna teoria dotycząca World of Warcraft. Wyznaje ją część fanów, a idzie w niej o to, że po jednym dobrym dodatku do gry następuje jeden zły i tak dalej. Całość datuje się dziesięć lat wstecz na zasadzie:

  • Wrath of The Lich King: udany
  • Cataclysm: nieudany
  • Mists of Pandaria: udany
  • Warlords of Draenor: nieudany
  • Legion: udany
  • Battle for Azeroth….

No właśnie. Choć osobiście nie wyznaję tej teorii, to idąc tym tropem można powiedzieć, że najnowszy rozdział w historii World of Warcraft ma przerąbane. Walczy bowiem z przeznaczeniem.

Chyba jednak nikt nie spodziewał się, że po zaskakująco udanym Legionie sprawy przybiorą zły obrót tak szybko. W ciągu miesiąca poprzedzającego wydanie  Battle for Azeroth Blizzard zalicza mocno krytykowanego patcha, a teraz wkurzył fanów świata jeszcze bardziej.

Dziwna wojna

Battle for Azeroth zostało ogłoszone na zeszłorocznym BlizzConie i było sensacją. Wśród typowanych settingów pojawiało się wiele różnych koncepcji, ale mało kto (o ile ktokolwiek) spodziewał się, że tuż po zjednoczeniu w walce z najpotężniejszym z wrogów, Płomiennym Legionem, Azeroth pogrąży się we frontalnej wojnie między Przymierzem i Hordą.

Gdy po BlizzConie przeczesywałem warcraftowe fora, wśród naturalnej ekscytacji można było też zaobserwować pewnego rodzaju zdziwienie wymieszane z wątpliwościami. Na zasadzie: jak to? Co musi się stać, by wspólna batalia o Azeroth, która kosztowała obie strony sporo, tak szybko przeistoczyła się w krwawą, wewnętrzną wojnę? Gdzie będą Khadgar, Velen i inni bohaterowie, którzy działali kojąco na frakcyjne animozje? Jeśli ten nagły twist fabularny miał wypalić, wydawało się pewne, że Blizzard musi bardzo umiejętnie zrobić fabularne przejście do nowego rozdziału, tak by cała ta wojna nie wyglądała na konflikt z przysłowiowej dupy.

Minęło parę miesięcy i twórcy zabrali się za wprowadzanie graczy w fabułę Battle for Azeroth. Pisarka Blizzarda Christie Golden wydała książkę „Cisza przez burzą”, natomiast w samej grze pojawił się questline Wojny Cierni, która de facto stanowi pierwszy front całej wojny.

Fabułę w grze podzielił Blizzard na kilka rozdziałów. Za pierwszy można uznać jeszcze wątek azerytu, którego pojawienie się potęguje pewne animozje między frakcjami. Następnie rozpoczyna się faktyczna Wojna Cierni, podzielona na krótkie cotygodniowe odcinki. I o ile po pierwszym tygodniu tej kampanii można było mówić o słyszalnych pomrukach niezadowolenia, to po drugim rozdziale (uruchomionym wczoraj), reakcje w sieci da się skomentować jedynie dobrze znanym memem.

Lawina krytyki. Blizzardowa pisarka Christie Golden pod obstrzałem fanów. Pogłoski o pogróżkach, które otrzymują twórcy. Tak to od wczoraj wygląda. A przed nami jeszcze jeden odcinek i strach myśleć, co będzie potem.

Kobieta zmienną jest

Kluczem do całego tego mezaliansu jest scenopisarstwo wątpliwej jakości, a kluczowym wątkiem w tym słabym scenopisarstwie jest to, co Blizzard robi z jedną z ulubionych postaci całego uniwersum. Czyli z Sylvanas Windrunner.

Muszę się wam od razu przyznać, że ja już od lat nie mam pojęcia, o co Sylvanas chodzi. Jest to bohater bardzo specyficzny. Taki, którego Blizzard pchał przez lata w różne strony, jakby nie mogąc zdecydować się, w którą ostatecznie pójść. Spróbujmy zatem wspólnie przyjrzeć się jej losom i poszukać odpowiedzi.

Czymś, co można określić jako „mit założycielski” Królowej Banshee jest oczywiście moment, kiedy to pani generał z Silvermoon zostaje zabita przez Arthasa Menethila i wyzwala się spod jego jarzma, pozostając wolną od wpływu Króla Lisza nieumarłą. Sylvanas prowadzi rebelię przeciwko swojemu dawnemu panu, a gdy wraz z końcem dodatku Wrath of the Lich King cały wątek Arthasa schodzi do cienia, wydaje się, że i Sylvanas na dłuższy czas zaszyje się gdzieś w Tirisfal Glades. Nic bardziej mylnego. W dodatku Cataclysm pojawia się zasadniczy zwrot w rysie tej bohaterki. Sylvanas wchodzi wtedy w rolę silnej przywódczyni swojej rasy. Dostaje też od pisarzy Blizzarda mocniejszy rys kobiety bezwzględnej, brutalnej i okrutnej. Motywacja postaci? Wtedy jest nią troska o swoich. Wiadomo – nieumarli nie mogą się reprodukować. Stąd zachodzi potrzeba tworzenia nowych nieumarłych. To z kolei uzasadnia ekspansję Plagi.

Kolejny zaskakujący moment w jej życiorysie (a właściwie nieżyciorysie) przychodzi wtedy gdy, po potężnym zamieszaniu w Hordzie, zostaje Sylvanas wyniesiona na wodza  całej frakcji. Do tej pory była indywidualistką realizującą swój plan w opozycji do wszystkiego i wszystkich (i co można podsumować sławetnym “Shut your mouth, bitch” usłyszanym od orków). Charakterologicznie nadawała się również na postać kompromisu, łączącą interesy różnych ras Hordy, mniej więcej jak Donald Trump. No ale czasy są trudne. Gracze przecierają trochę oczy ze zdumienia, ale tłumaczą sobie, że Horda potrzebuje silnej jednostki, która przysłowiowo weźmie wszystkich za mordę i poustawia w szeregu dzięki takim cechom jak charyzma i apodyktyczność.

Legion przynosi kolejne niejasne wątki (wersja pozytywna) i niekonsekwencje (wersja negatywna). Zaczyna się bardzo ciekawie, gdyż w preludium legionowej inwazji twórcy w świetny sposób zasiewają wątpliwości co do intencji naszej bohaterki. Toczy się bitwa pod Grobem Sargerasa i z perspektywy Przymierza nie wiadomo, czy Sylvanas próbuje ratować króla Stormwind Variana Vrynna, czy też wykorzystuje okazję i pozwala, by zginął z rąk Legionu. Świetny manewr, inteligentny fabularny ruch i coś, co idealnie wpisuje się w pogląd, że podział na Przymierze i Hordę nie jest podziałem na Dobrych i Złych tylko na dwie frakcje, z których każda realizuje swoje interesy.

Potem znów wracamy jednak do starej śpiewki. Horda swoje, a Sylvanas swoje. W Stormheim wybucha dosyć peryferyjny konflikt pomiędzy nią i Greymanem, a rola Królowej Banshee w finalnym rozdziale legionowego konfliktu jest właściwie marginalna.

I wtedy Blizzard ogłasza Battle for Azeroth. Sylvanas pojawia się w roli absolutnie pierwszoplanowej dla całego konfliktu. A co więcej, hasło, z którym Blizzard idzie na ustach brzmi: dostaniecie „morally grey story”.

#NotMyWarchief

Jak rozpoczyna się bieżąca wojna Hordy z Przymierzem? Ano mniej więcej w ten sposób:

Dzwoni Sylvanas:
– Hej. Chodźmy zarąbać trochę aluchów, zniszczyć Darnassus i zabić Malfuriona.
Gracz zgadza się, bo musi, a Sylvanas opracowuje plan.
– Chodźmy zabić trochę furbolgów.
Gracz: Ok.
– Pozabijajmy teraz trochę wispów.
Gracz: Ok.
– Spalmy trochę drzewców.
Gracz: Ok.
– I jeszcze raz trochę furbolgów, bo napataczają się gnojki i przeszkadzają w radosnej rzeźni.
Gracz: ……………

Tak mniej więcej wygląda to „morally grey story” i tak mniej więcej wygląda głębia historii, która wprowadza graczy w ciekawie zapowiadający się konflikt.

Największe kontrowersje budzi jednak inna scena. Spalenie Teldrassila, bo o nim mowa, to chyba najbardziej szokujący moment całej fabuły. To zniszczenie kultowej z perspektywy Przymierza lokacji i jednocześnie coś, co wygląda na zbrodnię bezsensowną oraz nieludzko (hyhyhy….) okrutną w stosunku do militarnego celu. Wojna to wojna? Niby tak, ale solą w oku jest tu cały czas motywacja Sylvanas i gdzie w tym wszystkim jest „morally grey story”.

Próbowałem sobie to jakoś usystematyzować i nie, nie kumam tego. Wyjściowa argumentacja Sylvanas to wojna handlowa. Cel tej ekspansji to kontrola nad azerytem, a środkiem do tego celu jest zniszczenie Darnassusa jako ważnego portu. Kilka questów później okazuje się jednak, że Sylvanas to w sumie ma w dupie cały ten azeryt. Bardziej chodzi jej o ideologiczne sianie zniszczenia, bliskie wojnom, w których istotę stanowi tworzenie przestrzeni życiowej kosztem eksterminacji innych ras. Mimo złowrogich planów, Sylvanas planuje zatrzymać się na zniszczeniu ważnego alianckiego miasta, a decyzję o pójściu na całość i spaleniu elfom zony startowej podejmuje…. pod wpływem chwili gdyż – uwaga uwaga – jedna elfka wjeżdża jej na ambicję.

Wideo z tej sceny jest ogólnie znakomite –  naprawdę warto obejrzeć, by zobaczyć portret psychologiczny Sylvanas jako postaci, która zwątpiła w wartość życia. Z drugiej strony jednak, logika nie jest mocną stroną tej historii. Jeśli motywacją Królowej Banshee jest destrukcja tego, co żyje, ustawia to ją w pozycji wyznawczyni tej samej ideologii, na opozycji wobec której zbudowała swój gniew. Wtedy serio Twitter ma rację, że pisarze zafundowali czerwonej stronie Hitlera jako szefa, a jej wojska to hordziacka wersja Schutzstaffel’s Einsatzgruppen.

Poza tym…. no naprawdę. Nie chcesz spalić całego tego Teldrassila, po czym jedno zdanie jakiegoś randomowego wroga doprowadza cię do takiej furii, że stwierdzasz „a spalę se”?

Kula śniegowa

W całej historii roi się od innych nieścisłości i dziur. Po pierwsze, znikają wszyscy inni bohaterowie Hordy. Królowa Banshee właśnie doprowadza sprowadza cały świat na krawędź wojny, tymczasem nikt nie kwestionuje jej decyzji. Horda jak na strukturę trybalistyczną, która zrzesza wiele różnych punktów widzenia, nie funduje sobie niczego w stylu rady, konsylium, wiecu. Decyzja o wojnie z Przymierzem zapada jednomyślnie i szybko. Konflikt zaczyna się jednym questem po jednym loginie do gry. Wszystkie inne znaczące postaci czerwonej strony wygodnie na chwilę znikają.

Kolejną dziurą fabularną jest Exodar, drugie duże, portowe miasto, które znajduje się niedaleko Darnassus. Jeśli celem Sylvanas jest odcięcie Przymierza od handlu azerytem przez brak możliwości transportowania go z Kalimdoru, to powiedzcie mi, na jakieś zasadzie ma to zadziałać, skoro niszczymy jedno miasto, a destrukcja drugiego nie przychodzi w ogóle do głowy autorce całego planu?

Wręcz zawstydzające jest również, że pokazywana z dwóch stron – z perspektywy Przymierza i Hordy – historia różni się. Sprawę sygnalizował już kilka tygodni temu znany komentator blizzardowego lore’a The Red Shirt Guy. Grając Hordą przejmujemy wioskę Astraanar w zupełnie inny sposób niż wskazuje na to fabuła dla Przymierza. Różnice są na tyle wyraźne, że wygląda to, jakby historię jednej i drugiej strony prowadziły dwa różne zespoły i jakby się nie dogadały.

Wydaje się wręcz niemożliwie, by tak było, ale połączcie kropki. Od miesięcy płyną sygnały z bety Battle for Azeroth, że Blizzard jest do tyłu z robotą. Że pali się niekoniecznie tylko Teldrassil, ale i robota potwierdza nieudany launch patcha 8.0 – na public idą ficzery dziwnie niedotestowane. Mamy więc pośpiech, nieprzewidziane okoliczności i konieczność pchnięcia historii na zupełnie nowe tory właściwie jednym patchem. Hardkor. Jakkolwiek więc brzmi to wręcz absurdalnie, by dev team Hordy nie do końca wiedział, co robi dev team Przymierza, ja na dziś nie widzę lepszego wyjaśnienia faktu, że przedstawione historie obu frakcji są nie do pogodzenia.

Oczywiście, jeśli Battle for Azeroth oszuka przeznaczenie i będzie kolejnym dobrym dodatkiem po dobrym dodatku, prawdopodobnie Blizzard wyjdzie obronną ręką z obecnej sytuacji. Nie ulega jednak wątpliwości, że storytellingowo twórcy mają dziś do naprawienia bałagan o sporej skali. Mnie to wszystko zastanawia o tyle, że Blizzard nigdy nie był bastionem wybitnych fabuł, ale poza okresowymi wpadkami typu Bitwa o Theramore jakiś poziom trzymał. Tymczasem wprowadzenie fabularne do Battle for Azeroth wygląda momentami szczerze amatorsko. Nie boję się tego słowa – amatorsko.

I to już ciężej zrozumieć. Możesz mieć bowiem gorszy dzień. Możesz się trochę pogubić. Możesz mieć kolizje wątków i nie wiedzieć, jak z tego wybrnąć. Ale naprawdę od pewnego poziomu pewnych błędów się nie robi. Tymczasem World of Warcraft popełnia je na oczach graczy i z każdą kolejną odsłoną Wojny Cieni jest coraz gorzej. Co będzie w finale – strach pomyśleć.

 

Related posts

Slow writing