Miami nieoczywistą porą. Czyli o mieście, w którym przez chwilę da się żyć

Szybkie samochody, dziewczyny w bikini, a w tle detektywi Sonny Crockett i Rico Tubbs w akcji przeciwko mafii narkotykowej. Jeśli, drogi Czytelniku, właśnie z tym kojarzy ci się Miami, to dobrze trafiłeś. Nie tyle bowiem twój stereotyp jest nieprawdziwy, co chciałbym pokazać ci nieco inny obraz tego miasta.

Słynna plaża w Miami Beach wita nas przed 7 rano. Poranek dość chłodny, bo lekko poniżej 20 stopni. Zajawieni kulturą fit Amerykanie już przy ostatnich ćwiczeniach – co chwilę ktoś przebiega po okolicznym deptaku, a na piasku drugie tyle ludzi kończy zajęcia z jogi. Mnóstwo ludzi pracuje tu nad formą, ale w takiej scenerii to czysta przyjemność. Woda na Atlantyku ma wspaniały kolor, jakby próbowała nadrobić urokiem niespecjalnie porywającą plażę. Poza głośnym pluskiem fal, świstem wiatru i warkotem buldożera, który wyrównuje piasek, jest spokojnie, sennie, cicho.

Przechadzamy się z kolegą po plaży i nagle widzimy dziwną scenę. Kobieta siedzi na brzegu. Woda zalewa ją do pasa, a gdy przyjdzie silniejsza fala, ochlapuje aż po szyję. Górna część skórzanej kurtki wydaje się sucha, lecz wszystko, co dziewczyna ma na sobie poniżej, jest zanurzone w wodzie. Kobieta patrzy beznamiętnie w przód i tylko co kilkanaście sekund jakaś mocniejsza fala prawie przewraca ją do tyłu. Przejeżdżający obok buldożer zatrzymuje się, jego kierowca spogląda z zaniepokojeniem, a mi od razu włącza się “stereotyp Miami” i myślę sobie, że to pewnie hookup girl, która wpadła w kłopoty.

Zapamiętałem tę scenę, gdyż dobrze obrazuje, że Miami to nie tylko zabawa i beztroska. Miami to również problemy.

Heat

Ten najbardziej prozaiczny, podstawowy, a zarazem dokuczliwy i niestety nieuchronny problem, to upał.

Kilka miesięcy wcześniej rozmawiamy z mieszkanką Florydy na konferencji w Denver. Ktoś rzuca, że kolejna edycja ma się odbyć w Miami. „To super, drinki, palemki, pełen relaks” – pada komentarz. Amerykance nie jest jednak do śmiechu. „Kiedy ta konferencja”? – pyta. „W lutym” – odpowiadamy. Naszej rozmówczyni jakby ulżyło. “To dobrze. Styczeń i luty to jedyne dwa miesiące w roku, kiedy da się tu żyć”.

Mija pół roku. Nadchodzi wspomniany luty. Przechadzamy się w wśród betonowych kolosów Miami downtown. Na termometrach tylko 23 stopnie. Jednak w powietrzu czuć, co się święci, a konkretnie – co zacznie się dziać za miesiąc-dwa, kiedy w mieście na dobre zagości grubo ponad trzydzieści stopni. I nawet nie chodzi o samo słońce. Istotę problemu stanowi kombinacja z wysoką wilgotnością powietrza. Nawet w lutym, mimo że tragedii nie ma, koszula przywiera do ciała dziwnie szybko. “Jeśli teraz tak jest, to nie wyobrażam sobie życia tutaj w czerwcu” – rzuca kolega. I nie tylko on sobie nie wyobraża. Najgorzej mają chyba white collarsi z finansowej dzielnicy Brickell, która wyrasta na dumnego i bogatszego bliźniaka downtown. W pracy oczywiście klima, a samochodami jeżdżą tutaj wszyscy. Jednak czasami z budynku trzeba mimo wszystko wyjść. Lunch, spotkanie, odebranie dzieci ze szkoły. Cokolwiek. I wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że określenie Florydy jako The Sunshine State to przydomek tryskający szczęściem tylko teoretycznie. W praktyce – to określenie lekko pejoratywne.

“Czy jesteś bi”?

Wyludnienie jednak Miami nie grozi. Na każdego, kto stąd spada, nie wytrzymując upałów, przypada tyle samo bądź więcej zakładających rodziny Kubańczyków. Brzegi wyspy Fidela oddalone są od Miami o zaledwie 150 kilometrów. Właśnie to położenie przez lata czyniło Miami punktem wejścia dla wszelakiej maści handlarzy narkotyków na „rynek amerykański”.

Patrzenie na sprawę wyłącznie przez pryzmat Miami Vice jest jednak mylące. Kubańskiej inwazji na południową Florydę (ponad 1,2 ludzi w obszarze metropolitarnym) nie należy utożsamiać z hordą gangsterów. Imigranci z południa stworzyli tu rodzinną, bogatą diasporę i pod wieloma względami wiodą prym w mieście. Właściwie powinno to wybrzmieć na początku: Miami to w sumie latynoskie miasto. W siedmiu domach na dziesięć mówi się po hiszpańsku, a gdy ktoś na ulicy zapyta cię, czy jesteś “bi”, to nie ma na myśli twojej orientacji. On cię pyta o znajomość języków. “Bi” znaczy tu “bilingual”, ale w temacie języków nie ma równouprawnienia. Jeśli nie znasz hiszpańskiego, przepadnie ci niejedna randka.

Latynoskie wpływy widać na każdym kroku. Zachwyca uroda kobiet – temperament, ogień, przepiękne włosy i cudowna opalenizna. Uwagę zwraca także kuchnia. Gdy kilka miesięcy wcześniej byłem w Denver, w centrum można było zjeść tylko tradycyjne amerykańskie bomby kaloryczne oraz ewentualnie jakieś włoskie dania. Miami, dzięki swojej różnorodności, oferuje pod tym względem znacznie więcej. Obawy, że znowu nażrę się burgerów, okazały się płonne. Nie zjadłem żadnego. Zakosztowałem za to peruwiańskiej marynowanej ryby w sosie cytrynowym. Spróbowałem salwadorskiego steka. Łechtałem podniebienie wspaniałymi tutejszymi owocami, które dojrzewają długo. Im, w przeciwieństwie do mieszkańców, słońce nie przeszkadza nigdy.

W jednej restauracji podano mi maliny i cytrusy na owocowym musie, polane miodem, kokosem i ułożone na ciasteczkach. Odpłynąłem, dochodząc przy okazji do wniosku, że upał Florydy ma jednak swoje plusy. Piękne ciała, pyszne owoce – no cóż, właśnie tym Miami przyciąga spragnionych relaksu turystów. Popularność stereotypowego obrazu miasta przestaje cię to dziwić po jakiejś godzinie. Bo o ile upał to przekleństwo dla mieszkańców, dla wszystkich innych to magnes. Coś, co nie zdąży cię zmęczyć przez tydzień, a przecież dłużej cię tu nie będzie.

Senna różnorodność

W lutym jednak samo serce tutejszego chilloutu, jakim jest Miami Beach, wciąż można uznać za narząd, który bije niskim tętnem. To jeszcze nie ten sezon, kiedy Miami Heat (bardzo nieprzypadkowa jest ta nazwa koszykarskiej drużyny NBA) daje znać o sobie. Nie spędzamy więc tu za wiele czasu, tylko eksplorujemy miasto.

Trafiamy do Wynwood. Zjadam tu jedyny niedobry posiłek w trakcie całego wyjazdu – okropny placek serowy, w którym poza serem jest jeszcze ser, inny ser i polane jest to z wierzchu serem.

Wynwood wyróżnia jednak nie tyle kiepskie żarcie, co przede wszystkim sztuka. To enklawa tutejszego hipsteryzmu. Pełno tu kolorowych murali, grafitti, art clubów i kreatywnych ludzi, którzy z jednej strony ujmują cię swoją otwartością, a z drugiej – chyba nie do końca wiedzą, co zrobić ze swoim życiem.

Do Wynwood trafiamy późnym wieczorem. Owocuje to intrygującą, nocną eksploracją dzielnicy. Wspomniany industrialny charakter budzi lekkie uczucie niepokoju. Zbaczamy niechcący w jakąś ciemną uliczkę i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki robi się złowrogo. Ktoś krzyczy, radiowóz rozświetla okolicę czerwono-niebieskim światłem, a mi stają przed oczami wszystkie amerykańskie filmy sensacyjne i to, co zaraz się stanie. Gdy policja odjeżdża, robi się nieprzyjemnie cicho. Kolega rzuca niby żartem, ale znacząco: “jak mówię, że biegniemy, to biegniemy”. Na szczęście nic nas do tego nie zmusza. Dwie przecznicę dalej Miami przeistacza się w wyluzowane, bogate miasto. Znów dzieje się to dziwnie w okamgnieniu.

„Miasto kontrastów” to określenie dosyć wyświechtane, ale do Miami w sumie całkiem pasuje. Może nie są one tu radykalne. Ale są. Chilloutowe dzielnice to tylko pewna część miasta. Tak samo jak pełne wysokich budynków downtown i Brickell to też tylko część miasta. Powierzchniowo najwięcej zajmują tu latynoskie osiedla ze skromnymi jednorodzinnymi domkami. Wcale nie wyglądają na super zadbane i z pewnością nie jest to inkarnacja „American dream”.

Na południe od downtown obraz zmienia się na jeszcze inny. Miami staje się tu miastem białych, a lekki przepych dzielnicy nakazuje się domyślać, że proporcje rasowe wyraźnie zmieniają się wraz z poziomem dochodu. Spacerujemy po okolicy, a efektowne hotele nad oceanem wyrastają jak grzyby po deszczu. Można stąd zobaczyć port i Miami Beach pod drugiej stronie zatoki. Właśnie na to miejsce, na to bogactwo i na zapewnioną przez pieniądze wygodę egzystencji, patrzy tam po drugiej stronie kobieta w wodzie. Muszę przyznać, nawet to wymowne.

Miami trwa sobie w tej styczniowo-lutowej senności i przygotowuje się na nadchodzące Heat. Minie kilka tygodni i to, co znamy jako stereotypowy obraz miasta, przejmie tutaj prym. Ale nigdy nie do końca. Ten obraz nigdy nie będzie stuprocentowo prawdziwy. Bo o ile faktycznie Miami to miasto raczej wesołe, wyluzowane i pełne niesamowitych samochodów, o które mieszkańcy dbają jak o święte obrazki, codzienne życie tutaj odbiega dosyć znacząco od pocztówek z Miami Beach.

I dlatego właśnie fajnie było się tu znaleźć nieoczywistą, lutową porą.


fot. Bart Opaliński

Related posts

  • Marta Kumar

    Super :). Zazdroszczę.

Slow writing