2. O graczu, który jeden dzień był bogiem

To miał być typowy dzień w World of Warcraft dla gracza o nicku Karatechop. I takim zapewne był aż do momentu, w którym ten przeciętny amerykański user dostał od kolegi wiadomość. Wiadomość, że w skrzynce pocztowej w grze leży coś dziwnego. 

Świat topowych graczy w grach sieciowych jest środowiskiem niezwykle kompetytywnym. Podobnie, jak np. w sporcie czy w innych rodzajach rywalizacji, na highendowym poziomie nie ma miejsca na przypadek. Normą jest permanentne obserwowanie konkurencji, ciągłe studiowanie środowiska gry i ostra walka o to, by zajść jak najdalej. Wszyscy wiedzą wszystko o sobie nawzajem. Stąd sytuacja, w której nagle pojawia się znikąd jakaś wymiatająca ekipa, która kosi cały top równo z trawą, właściwie nie ma prawa się zdarzyć. A już na pewno nie ma prawa zdarzyć się sytuacja, w której dokonuje tego nie wymiatająca ekipa, a jeden człowiek, przechodzący jakimś cudem grę samemu.

Karatechop patrzył na znajdujący się w skrzynce przedmiot. Jego kolega nie przypominał sobie, by w wirtualnym domu aukcyjnym kupił coś takiego. Nie spodziewał się też takiej przesyłki od któregokolwiek ze znajomych. Przeczucie, że coś jest nie tak, nie myliło go. Przedmiot otrzymał bowiem od pracownika Blizzarda. Przez pomyłkę. Była to koszulka o wdzięcznej nazwie Martin Fury. Jeden z kilku przedmiotów, które stworzono wyłącznie dla opiekujących się grą pracowników w celu interweniowania w krytycznych sytuacjach. Niewinna rzecz, dzięki której pokona się w grze każdego.

Żeby zrozumieć znaczenie sytuacji, gdy coś takiego wpada w ręce gracza, musicie na chwilę wczuć się w to, czym jest granie „na kodach” w niesłychanie kompetytywnym, stale monitorowanym i mozolnie balansowanym świecie wirtualnym. O ile bowiem w grze jednoosobowej możemy sobie swobodnie wpisywać kod na nieśmiertelność, czy np. w Simsach posiłkować się nieskończoną kasą w celu wytapetowania sobie domu, w grze online nie do pomyślenia jest stosowanie takich oszustw.

Wyobraźcie sobie zatem, co przeżyli topowi gracze gry użytkowanej przez kilkanaście milionów ludzi, gdy taka sytuacja się jednak zdarzyła. Nie powiedziałem wam bowiem o jednej rzeczy, której pewnie i tak się domyślacie.

Karatechop założył koszulkę. I ruszył rozwalać najtrudniejszych przeciwników w grze jednym ciosem. Tak, dokładnie tych samych, których grupa 25-ciu wybitnych graczy rozpracowuje czasem tygodniami.

Po fakcie przyznał, że wahał się, czy to zrobić. Jednakże pokusa, podyktowana zapewne równie mocno perspektywą bycia wszechmocnym, co możliwością wycięcia jednego z największych numerów w historii słynnej gry, okazała się po prostu silniejsza. Martin Fury został użyty 14 razy w newralgicznym okresie w World of Warcraft, jakim jest czas tuż po dodaniu nowego, trudnego i wymagającego kontentu. Z nim właśnie Karatechop zaczął się bezlitośnie rozprawiać. Wielki robot na kołach zwany Płomiennym Lewiatanem padł pokonany na najwyższym poziomie trudności. Gracz zadał mu jednym ciosem 354 miliony obrażeń i pobiegł dalej.

Tymczasem topowi gracze nie wiedzieli co się dzieje. Już to, że nagle jakaś gildia, której nazwy nigdy wcześniej nie słyszeli, zmiata kolejnych przeciwników w tempie nie z tej ziemi, stanowiło dla nich szok.  A dalej czekał już tylko mindfuck. Z każdą kolejną godziną stawało się oczywiste, że to miażdżące tempo narzucała grupa nieprzystosowana do osiągania takich wyników. Bez wybitnych osiągnięć, bez doświadczenia, bez znakomitych graczy. A na koniec oniemiałych ze zdziwienia hardkorowców czekała prawdziwa wisienka na torcie. Dowiedzieli się bowiem, że system obala właściwie nie tyle grupa, co jeden gnom-wojownik.

Prawda oczywiście szybko wyszła na jaw. Niestety albo stety Blizzard zareagował dosyć stanowczo i zbanował nie tylko feralnego śmiałka, ale całą jego gildię. Dopatrzono się bowiem cech współudziału w zbrodni.

Czy było więc warto? Cóż, kłania się chyba znany cytat z Football Factory. Karatechop poniósł zasłużoną karę, ale będzie miał o czym opowiadać wnukom. Przez jeden dzień w największej grze sieciowej świata był absolutnym bogiem.

photocredit: John

Related posts