Najnowsze, W realu
viol1

O przemocy w grach wideo. Moje zdanie.

Nie ma problemu brutalnych gier. Jest problem popularności przemocy w kulturze.

Internautka Małgorzata (pozdrawiam) pyta mnie, czy zdaję sobie sprawę, że krytykując lincze gier komputerowych w ogólnopolskich mediach, stawiam się w pozycji adwokata przemocy w grach wideo. Bo – argumentuje – pomimo błędów w sztuce dziennikarze mają rację: gry eksponują brutalność i uczą zabijania. Czy zaprzeczysz? – pyta mnie.

Mógłbym tę sprawę uciąć krótko i powiedzieć, że krytyka kiepskich artykułów i audycji to nie to samo, co sankcjonowanie brutalności. Ale wiecie co? Wcale nie uważam tego pytania za głupie.

Po pierwsze, ono świetnie obrazuje niepokoje niemałej części społeczeństwa. Niepokoje, które rzecz jasna nie dotyczą mnie, lecz wpływu gier. Endogenna nieufność wielu mamuś i tatusiów do tej formy spędzania wolnego czasu ma się bowiem dobrze i znajduje wyraz w takich właśnie pytaniach. Pytaniach, na które być może trzeba po prostu odpowiedzieć.

Tak więc po drugie, gry jako medium, które najmłodszym pokoleniom towarzyszy już niemal od kołyski, zasługują na debatę społeczną. Tylko taką pozbawioną stereotypów i trybalistycznego zacięcia, co w Polsce jest rzadkością. Jeśli mogę zatem dołożyć cegiełkę do tego, byśmy o grach i przemocy w nich pogadali bez strzelania na oślep, mam zamiar to wykorzystać.

Po trzecie, mail, który dostałem, podsunął mi pod nos fajny temat na felieton.

Także same plusy.

Akademicka debata

Przemoc w grach istnieje. Tak samo jak istnieje w filmach, serialach i książkach. Fakt ten nie podlega dyskusji. Z samego istnienia nic jeszcze jednak nie wynika. O wiele ważniejsze pytanie, które należy zadać, brzmi: czy przemoc w grach jest groźna?

Ręka do góry, kto zna odpowiedź na to pytanie. Ja nie podnoszę. Nie dlatego, że właśnie piszę. Tylko dlatego, że nie wiem. A dlaczego nie wiem? Odpowiem przykładem. Gdy wejdziecie sobie w Google i wpiszecie “video game violence”, na ekranie ujrzycie coś, co doskonale ilustruje całą sytuację.

Drugi wynik. The Guardian: Video games are not making us more violent.
Trzeci wynik. Time: Violent Video Games Make Us More Aggressive.

Typowa sytuacja. Ktoś gdzieś zrobi jakieś badanie naukowe, to go cytują. Potem jakiś inny naukowiec zabiera się za podobny temat i dochodzi do odwrotnych wniosków. Wtedy… też go cytują. Tymczasem de facto nie istnieje na tym świecie pokolenie, które jako generacja zostałoby zaszczepione grami od absolutnej kołyski i było już tak zaawansowane wiekowo, byśmy, patrząc na ich całe życie, mogli powiedzieć: no, ewidentnie gry zryły im psyche (lub nie). Ja uważam, że takiego pokolenia nie ma, bo gry nie niszczą człowieka w ten sposób, ale nawet jakby było, nie mielibyśmy jak tego sprawdzić.

Wiem, mocno teraz teoretyzuję, ale jeśli mamy rozmawiać o wpływie brutalnych gier, to powinniśmy się na czymś w miarę rzetelnym oprzeć, prawda? Tymczasem…

Show must go on…

Popularne dyskusje o szkodliwości gier bynajmniej nie są oparte o fakty i o artykuły badawcze. W końcu stereotyp żywi się emocją. Nie ma zatem lepszego powodu od przepuszczenia frontalnego ataku na gry komputerowe od sytuacji, w której młody człowiek chwyta za broń i idzie mordować ludzi w realu. Bo to właśnie wtedy w umysłach wielu ludzi gdzieś z tyłu głowy kołacze pytanie: kto go tego, do cholery, nauczył?

Zwracam na to uwagę, ponieważ uważam, że te niestety dosyć częste historie, kiedy to niby “normalni” goście biorą giwery do łapy i otwierają ogień w szkołach lub innych placówkach publicznych, mają ogromny wpływ na utwierdzanie ludzi w przekonaniu, że gry to hobby nie tylko dziecinne, ale i niebezpieczne.

I wiecie dlaczego tak jest? Bo ci mordercy to naprawdę w większości gracze.

viol2

Jeśli internautka Małgorzata myśli w tym momencie, że przed sekundą przyznałem prawdę czemuś, co wielu zatroskanych o losy wszechświata czuje podskórnie, to niestety muszę wyprowadzić z błędu. Jest dokładnie odwrotnie: właśnie tę tezę obalam. W gry komputerowe gra bowiem ogromny procent ludzi i to, że w życiorysach morderców znajdujemy wątki gracza, jest niczym innym, jak normą. Olbrzymim prawdopodobieństwem statystycznym u przedstawicieli świata zwanego ziemią.

No i właśnie. Tymczasem pamiętacie jak to było z Breivikiem? Jeszcze tego samego dnia, gdy terrorysta masakrował ludzi na wyspie Utoya, skrupulatni dziennikarze od razu nagłośnili ciekawy szczegół z jego życia: smykałkę do gier. Pal licho, że w jego grupie wiekowej gra pewnie większość zachodniego społeczeństwa. Nieważne, że powiedzieć o kimś takim “Grał w gry!”, to jak zawyrokować “Filmy oglądał!” lub “Książkę wziął do ręki!”. Teza była już przesądzona na wejściu. Korelację zrównano z przyczynowością.

I myli się ten, kto twierdzi, że takie medialne nadużycia są całkiem niewinne. Gdy w 2012 Ryan Lanza został omyłkowo posądzony o masakrę w podstawówce Sandy Hook w Connecticut (być może kojarzycie sprawę: strzelcem okazał się jego brat, natomiast Ryanowi media zniszczyły życie), w eter szybko poszedł standardowy przy takich okazjach news: zabójca jest graczem. W tym konkretnym przypadku dostało się grze Mass Effect. Każdy, kto ją zna, chyba przyzna, że do specjalnie kontrowersyjnych ona nie należy, a nawet, co pokazuje w swoim wykładzie polski badacz gier Tomasz Z. Majkowski, pod pewnymi względami stanowi ideał cnót amerykańskiego konserwatyzmu. Słowem, głupota kompletna, by sugerować jej bezpośredni wpływ na masakrę. Nie przeszkodziło to jednak tłumom zwykłych internautów zrobić wjazdu na oficjalny fanpejdż gry, nazywając twórców zabójcami dzieci.

Ciekawe, co musieli czuć w tej sytuacji Bogu ducha winni pracownicy studia, obwiniani przez wirtualny tłum o dołożenie cegiełki do jednej z najbrutalniejszych masakr we współczesnej historii Stanów Zjednoczonych.

Jeszcze inna historia, która pokazuje, w jakim absurdzie się nurzamy? Proszę bardzo. Kojarzycie być może z wiadomości sprawę 16-latka z Ohio, który pewnej nocy wlazł do sypialni swoich rodziców z bronią w ręku i zabił ich, gdy spali. Sprawa należała do głośnych między innymi dlatego, że prawdopodobnie bezpośrednim zapalnikiem całej tragedii stało się kupno gry Halo 3 wbrew zakazowi ojca. Tatuś, gdy dowiedział się, że synek złamał zakaz, grę schował. Synek natomiast grę wyjął. Wyjął również gnata.

I wiecie, jakie słowa padły z ust sędziego podczas procesu? “Wierzę, że oskarżony nie miał pojęcia, że gdy strzeli do rodziców, oni umrą na zawsze”. Wina gry.

Właśnie dlatego bronię gier. Bo rozmowa o przemocy w grach to w większości przypadków parodia. To szukanie kozła ofiarnego jak w scenie ze średniowiecza, tylko z tą różnicą, że w rolach głównych występuje nie głupia gawiedź w łachmanach, lecz wykształceni ludzie 21 wieku. To czysta manipulacja emocjonalna, której celem nierzadko jest pierwsza strona gazet, a efektem ubocznym dezinformacja i sianie strachu. W gruncie rzeczy w bardzo podobnym stylu oskarża się kobiety o to, że prowokują gwałty.

Kogo kręci przemoc?

Pytanie, czy brutalne gry są niebezpieczne, pozostaje jednak otwarte. Na chłopski rozum wydaje się, że gdyby tak było, to w kontekście tego, co powiedziałem, czyli że gra połowa świata, zabijalibyśmy się o nadepnięcie na nogę w tramwaju i pierwszą lepszą kłótnię małżeńską. Ale to że tak nie jest, nie oznacza, że przemoc w grach w ogóle nie stanowi problemu.

Należy wprowadzić tu rozróżnienie na gry, w których brutalność i sadyzm są osią wszystkiego oraz gry, w których stanowią chwyt marketingowy. Niebezpieczne jest… to drugie.

Bowiem jeśli weźmiemy pod lupę np. takie Hatred, czyli grę będącą symulatorem chorego zabijania dla samego zabijania, mamy do czynienia z produktem w gruncie rzeczy alternatywnym, adresowanym do specyficznej grupy odbiorców, mniej więcej w taki sam sposób, w jaki swoich wielbicieli posiada kino gore.

Za realny problem brutalności w grach należy uznać to, że ci sami ludzie, którzy obecnie na Hatred nie pozostawiają suchej nitki, nie są skłonni podnieść głosu, gdy najlepiej sprzedająca się gra na świecie zawiera kompletnie niepotrzebną scenę tortur.

Osobiście jestem mocno przeciwko przemocy w grach, gdy czuję, że dodano ją jako chwyt marketingowy bądź efekt „wow”. Tylko fiks w tym, że to już nie problem gier. To problem szerszy. Współczesnej kultury, która z przemocy uczyniła show i znajduje na nią nabywców. Wiem, że to wytłumaczenie zabrzmi w uszach niektórych jako przerzucanie odpowiedzialności, ale taka jest prawda.

To poniekąd oznacza, że ten sam świat, który fascynuje się Hollywoodem i namiętnie ogląda seriale HBO, nie ma moralnego prawa oskarżać gier o propagowanie brutalności. Ale to także każe zadać pytanie, w jakim stopniu człowiek 21 wieku, teoretycznie pacyfista, brzydzący się wojną i mordowaniem, daleki od jakiegokolwiek terroru i opresji, to jednocześnie człowiek w subtelny sposób zafascynowany przemocą. I wydający na nią kupę kasy. Nie tylko klikając przycisk “Play”.

To pytanie to jednocześnie moja odpowiedź dla Małgorzaty. Ja nie widzę problemu brutalnych gier. Widzę problem zarabiania na przemocy tam, gdzie tylko się da. Ale to już rozmowa o chorobie cywilizacyjnej. Nie o grach.

photocredit: Casey Fleser, Robert Couse-Baker
Udostępnij

Facebook Comments

  • http://www.aspirujacypisarz.pl Łukasz Kotkowski

    Nie pozostaje mi nic innego jak pogratulować świetnego tekstu :) Również życzyłbym sobie, żeby w Polsce w końcu doszło do poważnej, merytorycznej debaty na ten temat, Obawiam się jednak, że nigdy to nie nastąpi. Zawsze znajdą się środowiska, które będą bezkrytycznie negować gry jako medium kulturowe, piętnując branżę za coś, co w innych formach przekazu jest powszechnie akceptowane.

    • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

      Na uznanie gier jako medium kulturowego akurat jest szansa, patrząc np. na historię filmu, który miał kilkadziesiąt lat temu identyczny problem. Tylko nawet jeśli to nastąpi, czy można liczyć na merytoryczną debatę?

  • http://www.11-22.pl Ewelina Przywara

    Fajnie, że w dobie kiedy producenci gier próbują przepychać w swoich dziełach dużą dozę przemocy poruszasz ten temat, bo zauważyłam ostatnio sporo dyskusji w tej materii (większość kręci się właśnie wokół Hatred), a w dodatku jeszcze Twoje poglądy są tak mocno tożsame z moimi 😉
    Nie ma i nigdy nie będzie miarodajnych badań na temat tego czy granie w produkcje pełne przemocy powoduje wzrost agresji bo nawet jak znajdzie się grupa chętna takiemu badaniu poddać, to nigdy nie wiemy w którym kierunku rozwinęła by się osobowość danej jednostki gdyby gier z dużą dawką przemocy w/w nie ‚próbowała’. To, że ktoś wychował się w rodzinie gdzie panowała przemoc nigdy nie oznacza, że ta osoba także przemocą będzie rozwiązywać sytuacje sporne, bo równie dobrze może się tą przemocą brzydzić jak nikt inny. Różnorodne teorie dywagujące na tematy ludzkiej osobowości mówią o pierwiastku zła, który jest podobno w każdym z nas a który może (ale nie musi) uaktywnić się w którymś momencie naszego życia bądź pozostać ‚uśpionym’.
    W obliczu tragedii łatwo jest rzucać oskarżeniami bo człowiek zawsze próbuje zrozumieć dlaczego stało się tak a nie inaczej, a gra przecież sama się nie obroni. Najłatwiej jest rzucać oskarżenia w momencie kiedy tak naprawdę nie jesteśmy w stanie udowodnić czy mają one jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości. Mam marzenie, żeby rozważania i badania nad wpływem gier na naszą psychikę poszły w inną stronę – na przykład czy osoby, które charakteryzują się dużą agresją w kontaktach z innymi po dłuższej sesji ‚wyżycia się’ w jakiejś naparzance nie dali by ujścia swoim emocją w takim stopniu by nie mieć już siły pałać agresją do ludzi w realu :) Gram od jakiś dwudziestu lat i mimo tego, że nie unikam tytułów +18 nie czuję się bym była nad wyraz agresywnym człowiekiem. Wręcz przeciwnie – nadal kiedy niechcący zdarzy mi się rozdeptać ślimaka, to jest mi przykro 😛
    Pozdrawiam :)

    • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

      Kapitalny komentarz. Podpisuję się obiema ręcami :).

  • http://madcrab.blogspot.com/ Madcrab

    Dobrze powiedziane. Dodam może tylko tyle, że gry zmieniają ludzi – to dla mnie więcej niż pewne. Tak jak filmy, książki czy jakiekolwiek inne medium. Tylko dlaczego mamy od razu wywlekać takie skrajności? Że jeśli mowa o przemocy i agresji to od razu morderstwa i gwałty? Gram od dziecka, głównie w RPG i pokrewne – od pierwszego Fallouta aż do Diablo III. Czy jestem przez to agresywny, lub bardziej skłonny do przemocy? Oczywiście! Na stopień mojej agresji składa się cała kultura, której jestem odbiorcą, a także pewne predyspozycje biologiczne. Oskarżanie gier o „przemożny” wpływ nie ma sensu, moim zdaniem ten wpływ jest, ale długofalowy i niezbyt dobrze widoczny – proste łączenie przerażających zjawisk jakimi są morderstwa z grami służy przede wszystkim oswajaniu i tłumaczeniu tego pierwszego. Gry kształtują ludzkość – ale poprzez pokolenia. Jak Internet. Książki. Kolej żelazna. Ewolucja.
    Nieskładny ten komentarz, ale wpis dobry, wyzwala dużo przemyśleń. Na raz. 😉

    • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

      Zahaczasz o efekt motyla, ale tym jest właśnie wychowanie. Wszystko na nas wpływa w jakimś stopniu, to prawda.

  • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

    Dyskusja na temat przemocy w grach przypomina mi czasami dyskusję na temat tego, czy szczepionki są złe. Jeżeli pojawi się przypadek, że ktoś zmarł w ich wyniku to nagle wszystkie tezy na temat negatywnego wpływu stają się faktami. Sądy na ten temat wydawać jest łatwo, szczególnie, gdy nie trzeba zadawać sobie trudu, aby sprawdzić, jaka jest rzeczywistość. A ta nie jest ani czarna, ani biała, co wie każdy średnio rozgarnięty człowiek, ale dziwnym trafem, kiedy to najbardziej potrzebne o tym zapomina. Nagle znikają odcienie szarości. Tarantino zapytany o przemoc w swoich filmach odpowiedział, że ona tam jest, bo ma uzasadnienie fabularne. Gry – tak jak napisałeś – powstają dla różnych grup odbiorców. Często w dyskusji zapomina się również o kilku innych aspektach odpowiedzialności za tych, którzy grają. Ta odpowiedzialność nie spoczywa w całości na tych osobach. Spoczywa na rodzicach – którzy powinni interesować się w jakie tytuły grać ich dziecko może lub nie, to wymóg naszych czasów – na sprzedawcach, którzy powinni zwracać uwagę na to, czy dany tytuł jest przeznaczony dla konkretnego kupującego. Tymczasem odpowiedzialność w momencie tragedii automatycznie zostaje przerzucona na grę. I tak już zostaje, bo media nie interesują się tym, co dzieje się później. Nie interesują się całym tłem danej sprawy, bo news przestaje być gorący. Co z tego, że okazuje się, iż przyszły morderca miał problemy w szkole, w domu rodzice nie mieli dla niego czasu, a on miał więcej kompleksów niż włosów na głowie. To nie jest ważne, ważne, że grał w gry.

    Sam mam skłonność do przemocy – wiem to – reaguję bardzo agresywnie w sytuacjach, w których nie powinieniem. Czy spowodowały to gry, w które gram od ponad 20 lat? Pewnie w jakimś stopniu tak. Jednak nie jest to jedyny czynnik, który na mnie wpływał, kiedy dorastałem. Mam znajomych, których rodzice byli alkoholikami. W dorosłym życiu – choć doświadczyli bardzo wielu złych rzeczy – stronią od alkoholu albo piją towarzysko np. jednego drinka na imprezie i koniec. Mam też takich, którzy przez alkoholizm rodziców wpadli w nałogi, ale tu też sprawa nie była jednoznaczna, bo w jednym wypadku nie było obok jednego ze znajomych jego matki, kiedy była mu najbardziej potrzebna i w sumie wychowywał się sam. W każdym wypadku wiele zależało od samego człowieka, od środowiska, jego wsparcia etc. Czynników można wymienić całą masę.

    Z tego powodu daleki jestem od tego, aby powiedzieć, że gry wpływu nie mają. Mają i to spory, bo w wielu wypadkach angażują bardziej niż np. film. Ale jednocześnie nie zgadzam się z tym, że należy odsądzać je od czci i wiary. Groźne jest spłycanie problemu, tak jak mają to w naturze media, a przynajmniej ich część.

    • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

      Aż mnie kusi, by tę rozmowę pociągnąć w inną stronę :). Czy na pewno przemoc u Tarantino ma uzasadnienie fabularne?

      • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

        Wiedziałem, ale tu się nie będę sprzeczać, bo sam mam wątpliwości :) Przytoczyłem jego zdanie jako przykład na to, że to jeden z elementów, który w dyskusji umyka. Np. uwielbiane swego czasu przez media „Manhunt” był brutalny, ale ta brutalność miała silne zasadzenie w fabule i mówiąc krótko trzeba było zabijać, aby przeżyć. Mnie najbardziej martwi to, że właśnie takich elementów umyka najwięcej i tym samym wypaczamy sens zjawiska, o którym niektórzy próbują dyskutować :)

        • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

          Nooo to jest ciekawy temat. Manhunt vs This War of Mine. W obu trzeba zabijać, by przeżyć. Różnicą… przesłanie?

          • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

            Ciekawy i trudny. Teoretycznie wojnę można łatwiej obronić, bo przemoc jest wpisana w DNA konfliktu zbrojnego, a dodatkowo bombardowani jesteśmy historiami o dzielnych ludziach, którzy by przeżyć koszmar wojny musieli zabijać. Z grami takimi jak Manhunt jest trudniej, bo już dla tych samych osób, które będą bronić TWoM sytuacja z MH nie jest tak oczywista. Głównie przez to, że trudniej (?) jest sobie wyobrazić sytuację, w której znalazł się bohater gry. Wojna, cierpienie cywilów nadaje takiej historii inny ciężar gatunkowy. Inaczej działa na odbiorcę. Dużo zależy od tego, czy za ich działaniami stoi krzywda. Bohaterowie filmu „Dług” są dobrym przykładem. Mordercy – jakby na nich nie spojrzeć, to ciągle mordercy – ale w sytuacji ekstremalnej, z którą możemy się identyfikować i już nie ma znaczenia, że przemoc i śmierć. Ważne, że przestępca jest martwy.

          • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

            Racja. „Manhunt” pamiętam już jak przed mgłę, ale wydawało mi się, że tej grze bliżej jednak do tytułu, który z przemocy czyni sensację, aniżeli do produkcji „z przesłaniem”, obrazującej ekstremalną sytuację.

          • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

            Z kolei kolejnym ciekawym przykładem jest seria GTA czy nawet Postal. Gry, które kojarzą się z przemocą, ale co ważne można – do pewnego stopnia oczywiście – ukończyć je bez aktów bezsensownej przemocy. Zresztą stw. „bezsensowna przemoc” tak często spotykane w dyskusji jest niejako potwierdzeniem racjonalizowania przemocy przez ludzi, którzy są jej świadkami czy nawet się jej dopuszczają.

  • Arlekin

    Mi się wydaje, że równie umotywowanym poglądem byłoby stwierdzenie, że gry (w domyśle te zawierające przemoc) pozwalają w bezpieczny i nieszkodliwy sposób agresję rozładować (nikt o tym nie wspomni publicznie – ale też nikt nie robi nagłówków „Jan K. lat 17 NIE zamordował rodziny po ciężkim dniu bo zrelaksował się grając w Call of Duty”). Kojarzy mi się taka scena z filmu „Sala Samobójców” (nie chcę zaczynać dyskusji o jakości etc filmu – tylko ta jedna scena) gdzie dwóch chłopaków „załatwia sprawę po męsku” i zamiast „wyjść na zewnątrz” to grają 1 na 1 w jakiegoś CoD’a czy coś takiego. Pamiętam jeszcze z dawnych czasów rzucane pół żartem (albo i całkiem serio) groźby „Masz wpier* w Tibii!!!”. Z dwojga złego to lepsze niż pranie się po mordach… chyba – bo może to ja jestem dziwny.

  • http://swinki3.blox.pl/ moniowiec .

    To tak samo jak twierdzenie, że posiadanie noża czyni ze mnie nożownika.

  • Pingback: Krótki tekst o „kompletnie niepotrzebnej” scenie tortur | grotatnik

  • http://grotatnik.pl/ Kamil Szkup

    Świetny tekst Wojtku, jak zwykle u Ciebie. Tym razem mam jedno małe zastrzeżenie, które trudno byłoby opisać w komentarzu zamieszczonym w tym miejscu. Dlatego odsyłam do siebie, sznurek znajdziesz w moim profilu disqus. Pozdro!

  • Pingback: Payday Loans

  • http://www.hakierka.pl Amanda

    To jest ciekawy punkt widzenia, sama jeszcze na swoim starym blogu poruszałam tę kwestię ws. GTA V i Rockstar, gdzie wprowadzono możliwość przejeżdżania i polowania na zwierzęta. Gry zazwyczaj oszczędzają dzieci, ciężarne i właśnie zwierzęta, nie rozumiałam dlaczego ze zwierząt zrezygnować. Ale już pal licho tę sytuację. Uwielbiam GTA V, ale w grze obowiązkowo musimy torturować pewną osobę. Zarówno mi, jak i innym znajomym, te sceny bardzo się nie podobały. Odczuwałam wielki dyskomfort i użyłam tylko tyle tortur, ile wymagała fabuła. Nie będę udawać, że jestem przesadnie prawilna – po to gram w strzelanki, aby strzelać – jednak mimo wszystko moje zachowanie nie ma na celu świadomego czynienia krzywdy. Hatred z kolei jest zdrowo popieprzonym pomysłem, ale zapewne ma swój target. Chociaż nie wiem, czy chciałabym poznać ten target.

  • http://bazarek.net.pl/ Bazarek.net.pl

    Wszystko jest dla ludzi, problemem jest, że dzieci maja zbyt łatwy dostęp do tego typu gier.

Historie

cod10

Czuwanie w wirtualu przy chorym w realu

ser4

Zdalnie doprowadzał do awarii serwerów. Stał się idolem tych, którym zepsuł grę

wyp1

Zakup gry to nie wyjście po bułki. Może być wyprawą po Złote Runo

proces

O wirtualnym procesie, który poszedł nie tak

wypal2

Wypalenie zawodowe? Skonsultuj się z graczem lub famaceutą

gho

Non Omnis Moriar 2.0. Czyli o graniu z duchem

zaw

Zawał serca kilkadziesiąt centymetrów dalej

7368012472_a3a38e5672_o

Jak (nie) zdradzić partnera w grze video

cierp

Cierpliwość popłaca. Nie tylko w realu

wdowy

Wdowy po graczu

fsy2

W sieci grasuje mściciel

niemo

Z niemożliwym da się wygrać

vam

Zgryz

eth

Etos zalogowany. Czy wirtualność uczy dobra?

leer1

Leeroy Jeenkins. Człowiek i krzyk

osta

Ostatnie życzenie

inf3

Infiltracja 2

hea

Ręce, które leczą

mank

Żona Mankrika. Kobieta trudno dostępna

ggggggggg

Miłość w czasach gier online

swifty

Areszt na żywo. Grał i go zwinęli

gang

Gracz kontra gangsterzy

los

Dzielny Hans i zły łoś

chloro

Gwałt w wirtualu. Konsekwencje w realu

bitwagraczy

Bitwa o szósty okruch

toksyczne

W wirtualności, jak w realu, nie wszyscy się z wszystkimi lubią

farmerzy3

Skazani na granie. Dosłownie.

gri

Grieferzy. Psychole wirtualnych światów

lordbrit

Zabójstwo inne niż wszystkie

podziemie1

Seksualne podziemie w World of Warcraft

smiercwgrach

Gdy umiera gracz, ginie jego awatar

infilt

Infiltracja

Epidemia

Epidemia

psy

Chcieć to móc!

boski

O graczu, który jeden dzień był bogiem

outland

Outland

Polub blog na Fejsie :)