19. Ręce, które leczą

Mamy kokpit, jak u pilota. Gapimy się nań, monitorując zielone paski. Nie zabijamy, a chronimy. My, healerzy – grupa pełniąca specyficzną rolę na wirtualnych polach bitwy.

By w prosty sposób Wam nas przedstawić, zarysuję krótką scenkę. Jesteście w pomieszczeniu, ktoś gra z ludźmi po sieci. Podchodzicie do komputera, by z ciekawości zerknąć na ekran i widzicie scenę niemal jak z Władcy Pierścieni. Grupa śmiałków porywa się na jakieś paskudztwo wielokrotnie większe od nich. Kilkadziesiąt sterowanych przez prawdziwych ludzi awatarów wyczynia różne, na pierwszy rzut oka chaotyczne cuda. Nie za bardzo kumacie, o co w tym wszystkim chodzi, ale mimo to zauważacie, że część awatarów stoi gdzieś z tyłu i zdaje się nic nie robić. “A ci to sobie poszli na kolację?” – pytacie.

Osoba w pokoju tylko kręci głową i dodaje, że zaraz poznacie odpowiedź. Chwilę potem atakująca grupa zaczyna przeżywać trudne chwile – pod stojącymi awatarami trzęsie się ziemia. Wszyscy gracze uciekają swoimi bohaterami gdzie pieprz rośnie, by przeżyć, ale nie da się uniknąć niebezpieczeństwa.

I wtedy, jak na komendę, uaktywniają się “ci z kolacji”. Tak naprawdę byli obecni cały czas, lecz nie zachodziła potrzeba interwencji. Wszyscy z nich mają przed sobą ekran, usiany sporą ilością znaczników, alertów i cyfr, na którym zaczynają widzieć, jak kilkadziesiąt zielonych pasków niebezpiecznie szybko zmierza od wartości 100% do 0%. To życie ich wirtualnych towarzyszy. Wasz grający znajomy przeklina siarczyście, bo dla jego postaci to też krytyczny moment. Awatar miota się jak szatan, ale nie może sobie pomóc. Tę pomoc musi otrzymać. I ją dostaje. Healer ratuje mu skórę.

healers2

Światy wirtualne udają te rzeczywiste – funkcjonują więc w oparciu o ekosystem, w którym każdy ma do spełnienia swoją rolę. Nasze zajęcie wydaje się z pozoru mało epickie i pozbawione funu. Podczas gdy nasi towarzysze czują się jak bohaterowie, mogąc ruszyć na wroga z mieczem w ręku, zdecydowana większość naszych interakcji w świecie wirtualnym dzieje się względem naszych przyjaciół. Postaci leczące w grach sieciowych to odpowiednik doktora na polu bitwy. Grając w konwencji fantasy, przyzywamy “pozytywne” czary, by ratować innych graczy. Zsyłamy błogosławieństwa i aury, dzięki którym nasza grupa staje się mocniejsza. Nadajemy grze niesamowitych emocji, gdy paski życia tych, których leczymy, balansują przez kilkanaście sekund na granicy kilku procent, a jednak postać, na której jesteśmy skupieni, wychodzi z tego cało.

Mówi się o nas jako o najbardziej niewdzięcznej roli w wirtualnym uniwersum. “Always blame the healer” to jedna z ikonicznych sentencji w niejednej grze sieciowej. To na healera spora część graczy zwala winę z automatu, gdy awatar takiego delikwenta zginie. Nieważne, że przez 10 sekund stał w kałuży ognia, która konsekwentnie paliła mu dupsko. To nieistotne, że olewał wszelakie mechaniki gry i przeżyć zwyczajnie nie mógł. “Healer, you suck!” – zdanie to rozbrzmiewa echem bardzo często, dowodząc, że przerzucenie odpowiedzialności należy do chorób trawiących homo sapiens także w wirtualności.

Wielu graczy nie rozumie, po co leczymy. Twierdzą, że nasza rola jest mało epicka i nudna. Chronienie innych nie ma w sobie nic z dzikiej szarży i emocji towarzyszących prania potężnymi kulami ognia, dzięki którym gracz czuje się jak wnuk Gandalfa. Splendor rzadko spływa na nas, bo zawsze największymi bohaterami zostają ci, którzy postawili flagę na szczycie wzgórza, nawet jeśli ktoś ich osłaniał. Chyba właśnie stąd w World of Warcraft są nas miliony, a jednocześnie zawsze było nas za mało.

Dlaczego zatem decydujemy się być healerami? Każdy pewnie odpowie inaczej, ale jest kilka głównych powodów.

Po pierwsze, rola healera jest na tyle specyficzna, że po prostu pasuje do mindsetu niektórych ludzi. Przemierzając wirtualne uniwersum, spotykasz czasem takiego gracza, przy którym masz poczucie, że to właściwy człowiek na swoim miejscu. 

Po drugie, pod pozornym brakiem pierwiastka “sexy”, healer to w gruncie rzeczy niesamowicie satysfakcjonująca działka. Poczucie z dobrze wykonanego zadania może być absolutnie ekstatyczne. Zwłaszcza, jeśli grupa popełniła poważne błędy, a wy ratujecie jej skórę. Kiedyś, w kluczowym momencie pewnego pojedynku, postać, którą ochraniałem, zaczęła się dziwnie zachowywać. Wyglądało to, jakby awatar dostał drgawek. Pokonaliśmy trudnego przeciwnika mimo końcówki na granicy szaleństwa w związku z tą niecodzienną sytuacją. Chwilę potem okazało się, że koledze spadła myszka i szukał jej w tym czasie pod stołem.

A po trzecie… Powiadają, że do świata wirtualnego logujemy się po to, by spotkać się z ludźmi, przeżyć przygodę lub odkrywać świat. To prawda, ale prawdą jest również to, że od zawsze motorem istnienia tego typu gier była satysfakcja z tego, kim się w tym świecie jest. Gracze kochają czuć się jak wielcy bohaterowie. Najbardziej dopakowane awatary, którymi można chwalić się na całym serwerze, nieprzypadkowo stoją sobie czasem godzinami w najbardziej uczęszczanych lokacjach, tylko po to, by je podziwiano.

Za złotej ery “World of Warcraft” dobry healer był niesamowicie szanowany. A ego, moi drodzy, to bardzo ważna rzecz, gdy na poważnie decydujecie się stworzyć swojego awatara w grze online i gdy chcecie żyć nim latami.

Jeśli nie graliście nigdy w porządną grę sieciową opartą o trwały świat, nie będziecie sobie w stanie wyobrazić, jaką więź z grupą można uzyskać, pokonując wyzwania w wirtualnym świecie, w którym zasiedzieliście się na kilka lat. My, healerzy, odczuwamy to wyjątkowo mocno, bo gra wyrabia w nas poczucie szczególnej odpowiedzialności za naszych przyjaciół. Takich rzeczy się nie zapomina. Wierzcie lub nie, ale jakąś część najlepszych chwil w życiu przeżyłem, gapiąc się na zielone paski.

photocredit: Anne Davis

Related posts

Slow writing