Wirtualne światy
wyp1

Zakup gry to nie wyjście po bułki. Może być wyprawą po Złote Runo

Garść zapisków z przeszłości…

„Do Media Markt wszedłem kilka minut po otwarciu galerii. Podekscytowany skierowałem się ku półkom z grami, już z daleka próbując wyłowić wzrokiem niebieskie pudełko. Najpierw zerknąłem na nowości – nie ma go. Brak w tym dziale stanowił niepokojący sygnał. Od razu coś mnie tknęło, że gra pewnie jeszcze nie doszła. Zakląłem pod nosem, przewidując najgorsze. Świat ma zdumiewającą umiejętność wyłapywania momentów, w których człowiek się napala – wymierza wtedy na ogół irytujące klapsy.

Szybko się jednak rozgrzeszyłem, bo trudno było się nie jarać jak flota Stannisa. W końcu to dzień premiery. Pewnie niektórzy znajomi już grają. Ich awatary właśnie uciekają mi jeśli chodzi o poziom. Do tego tyle miesięcy czekaliśmy. No więc jak tu się nie podniecać?

Market nie podzielał jednak mojego stanu ducha, ponieważ jeszcze spał. Klientów jak na lekarstwo, pracownicy przy punktach obsługi śpią jeszcze nad kubkami kawy. Nawet muzyki nie zdążyli jeszcze puścić. Wszędzie pusto, tylko… nie przy grach. Od razu zauważyłem, że te kilkanaście osób snuje się tu w podobnym celu. To samo tournee po dziale gier, to samo skanowanie półek, ten sam nerwowy wyraz zaniepokojenia. Jeden gość jakoś tak szczególnie wytrwale krążył. Nieogolony, z młodzieńczym wąsikiem, zaniedbany  – nawet chyba kurtki nie zdążył porządnie zapiąć, bo mu jakoś tak dziwnie wisiała. A więc tak wyglądają maniacy tej gry? Tacy, jak… ja? Mam nadzieję, że jest inaczej. Muszę kiedyś zrobić o tym bloga.

Tymczasem kontrola trzeciego rzędu półek nie przynosi rezultatów i trzeba zmierzyć się z najgorszym. Gry nie ma. A więc jednak prawda. Wiedziałem. Klaps za napinkę. Fuck you, life.

I co teraz? Szukając wsparcia jakoś tak się stało, że znowu zobaczyłem tego wąsatego kolesia. Chyba do niego też dotarło, że niczego nie kupi. I też przeżywał. Problemy pierwszego świata, w mordę jego jeża mać. A wkoło nas opustoszały market, nieświadomy tego, że ludzie na dziale gier krążą niczym sępy, próbując wyłowić charakterystyczną postać zapuszkowanego mężczyczny z lodowym mieczem w ręku. Ci, którzy przyszli przed chwilą, jeszcze nie wiedzą, że czeka ich rozczarowanie. 

Wtem! Myśl, olśnienie, Eureka! Znajduję się wprawdzie na zadupiu, ale nie aż takim, by nie było tu drugiego sklepu, w którym można pokładać nadzieję. Już wiedziałem, gdzie iść.

No więc wylatuję z jednej galerii i kieruję się w stronę drugiej. Zimno listopadowego poranka smaga mi twarz. Prawie nic nie widać – nad miastem zalega potężna mgła. Absolutnie paskudny wczesnozimowy poranek i sceneria jak z Silent Hill, tylko że o dziwo to nie Sosnowiec tylko Kraków. Niemniej jednak idę. Idę na granicy biegu, niczym Robert Korzeniowski w chodzie zmierzając do swojego stadionu olimpijskiego, którym jest Empik, a para z własnych ust ogrzewa mi twarz.

Nagle widzę, że nie jestem sam. Tuż za mną podąża grupka ludzi. Gdzie ja ich już widziałem? Ach tak, chwilę wcześniej w Media Markcie. Jezus Maria, to już cała ekspedycja idzie? A na jej czele wąsacz. Chyba wpadł na ten sam pomysł, co ja. W jego oczach widać determinację. Jakaś absurdalna myśl się pojawia, że to na pewno programista. Nie wiem czemu. Może to adrenalina. Albo brak śniadania.

Tak czy inaczej, zbliżamy się do Empiku. Zastanawiam się, jak to się wszystko potoczy. Jeśli tam gry nie będzie, czy popatrzymy sobie wszyscy w oczy, kupimy Harnasie w Carrefourze i siądziemy w tej krakowskiej mgle na chodniku, topiąc smutki? A jeśli gra będzie, to czy zaczniemy sobie wyrywać egzemplarze jak baby przy dostawie do ciucholandu?

Sznurówka mi się rozwiązuje. Schylam się, by zawiązać. Tracę przez to pole-position. Chwilę potem czuję, że rozwiązuje mi się druga. Jest tak zimno, że przy skostniałych placach nie jestem w stanie sobie poradzić z butem. Gdyby to była reklama Mentosów, pewnie bym je zdjął, biegnąc w slow-motion przy akompaniamencie chórków w refrenie hipsterskiej piosenki. Ale to tylko życie. Więc próbuję zawiązać. Zajmuje mi to dwie minuty. Gdy podnoszę się, peleton graczy znika we mgle. Jestem na ostatnim miejscu w tym wyścigu. No to fajnie… Przypomina mi się klasyk polskiego rocka.

wyp3  

Gdy w końcu docieram do Empiku, nie myślę już o niczym i wszystko mi wisi. Frustracja trochę zniknęła, bo szybki spacer to zawsze jakaś forma ruchu i pozytywny wpływ na psyche. W empikowych bramkach mijam wąsacza. On już wychodzi. Lica mu się zmieniły tak, że go prawie nie rozpoznaję. Zniknął gdzieś ten ponury wyraz twarzy. Wąsik już nie podkreśla rysu zgryźliwego nerda, tylko stanowi dopełnienie uśmiechu. Widzę przed sobą szczęśliwego człowieka. Człowieka, który kupił grę.

Moją gręPrzestaję zgadzać się z samym sobą sprzed kilku minut – a jednak mi, cholera, zależy. Następuje adaptacja do sytuacji. Pole widzenia na obrzeżach się zamazuje. Wzrok się wyostrza. Jak u polującego drapieżnika. Szukam czegoś, co ma niebieski kolor i się nie rusza. Jakiś bestseller wygląda podobnie. Dan Brown. Wal się, Danie Brown. Nie możesz być jedynym niebieskim, nieporuszonym hitem w tym miejscu. Nie możesz…

W końcu jest… Podchodzę… Zaliczam jakąś szybką falę wątpliwości na granicy paniki, że to jednak nie to, choć już wiem, że to to. Półka prawie wyczyszczona, ale zostało jeszcze z pięć egzemplarzy. Biorę jeden do ręki. Jeszcze raz upewniam się, czy mnie oczy nie mylą. A potem idę spokojnie do kasy.”

Tego listopadowego dnia w 2008 roku kupiłem dodatek “Wrath of the Lich King” do World of Warcraft. Dokładnie 6 lat później, za dwa tygodnie, ukaże się kolejna część tej gry. Ponieważ człowiek starszy, emocje już nie te i stosunek do grania inny, pewnie nie zaliczę już żadnej „wyprawy po Złote Runo”, jak opisana powyżej. Jednakże każda premiera ulubionego tytułu to wciąż lekkie motylki w brzuchu.

I wiecie co? Lubię gry, filmy, książki i seriale, które wciąż potrafią je wywołać. W świecie, w którym coraz częściej kulturę konsumuje się jak hamburgera, momenty, w których czujesz „coś więcej”, obcując z dziełem, są na wagę złota. Do zobaczenia na Draenorze!

photocredit: Kevin Hu, wolfgangfoto
Udostępnij

Facebook Comments

  • Krisowsky

    Mniej emocji, ale przynajmniej szybciej i wygodniej dostarcza zakup samego klucza. Kiedyś jeszcze jarałem się pudełkami, ale jakoś tak przeszło. Trochę się jednak boję, że jak będzie apokalipsa i prąd będzie dostarczać mi jakiś wiatraczek czy panel słoneczny to Steam nie zagra :(

    • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

      Ja przyjąłem zasadę (dosyć powszechną chyba), że zwykle kupuję klucze, ale jak jest jakaś ukochana gra lub wydanie, które nie wygląda jak DVD za 4,99, to lecę do sklepu.

  • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

    Cieszę, że pojawiają się jeszcze tytuły, które wywołują we mnie emocje. Na przykład w tym momencie czekam – pewnie jak pół Polski – na Wiedźmina 3 i czuję, po prostu czuję, wielkie emocje zw. z tym tytułem. I tak naprawdę jeżeli chodzi o kupowanie gier, to w sumie jarałem się raptem kilka razy w życiu. Za to przy genialnych tytułach :)

    • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

      Również czuję emocje związane z premierą Wiedźmina, mimo że jeszcze do niej dosyć daleko i mimo, że nigdy nie byłem fanem Wieśka (bohatera i klimatu). Także to będzie chyba premiera, która połączy naród najsilniej od czasu Konfederacji Barskiej :P.

  • http://www.11-22.pl Ewelina Przywara

    Sama odliczam dni do 13.11 :)) Co prawda jak napisałeś – emocje już nie te, bo raz, że człowiek starszy, a dwa, że zawsze można zamówić wersję cyfrową, bo pewnie mała szansa, że takowych zabraknie :) WoW to gra szczególna więc każdy dodatek to takie małe – wielkie wydarzenie. Bardzo fajnie zbudowałeś napięcie w tekście, pozdrawiam :)

  • http://www.game-tools.net/ Sylvian

    Ha naprawdę miły tekst. Szczególnie, że pewnie każdy z nas przeżył kiedyś takie chwile :)

  • Pingback: World of Warcraft – sentymentalne przygotowanie przed Warlords of Dreanor! | 11:22 – Blog o grach komputerowych oczami kobiety. Technologia, social media, psychologia, lifestyle.

  • Pingback: Payday loans

Historie

cod10

Czuwanie w wirtualu przy chorym w realu

ser4

Zdalnie doprowadzał do awarii serwerów. Stał się idolem tych, którym zepsuł grę

wyp1

Zakup gry to nie wyjście po bułki. Może być wyprawą po Złote Runo

proces

O wirtualnym procesie, który poszedł nie tak

wypal2

Wypalenie zawodowe? Skonsultuj się z graczem lub famaceutą

gho

Non Omnis Moriar 2.0. Czyli o graniu z duchem

zaw

Zawał serca kilkadziesiąt centymetrów dalej

7368012472_a3a38e5672_o

Jak (nie) zdradzić partnera w grze video

cierp

Cierpliwość popłaca. Nie tylko w realu

wdowy

Wdowy po graczu

fsy2

W sieci grasuje mściciel

niemo

Z niemożliwym da się wygrać

vam

Zgryz

eth

Etos zalogowany. Czy wirtualność uczy dobra?

leer1

Leeroy Jeenkins. Człowiek i krzyk

osta

Ostatnie życzenie

inf3

Infiltracja 2

hea

Ręce, które leczą

mank

Żona Mankrika. Kobieta trudno dostępna

ggggggggg

Miłość w czasach gier online

swifty

Areszt na żywo. Grał i go zwinęli

gang

Gracz kontra gangsterzy

los

Dzielny Hans i zły łoś

chloro

Gwałt w wirtualu. Konsekwencje w realu

bitwagraczy

Bitwa o szósty okruch

toksyczne

W wirtualności, jak w realu, nie wszyscy się z wszystkimi lubią

farmerzy3

Skazani na granie. Dosłownie.

gri

Grieferzy. Psychole wirtualnych światów

lordbrit

Zabójstwo inne niż wszystkie

podziemie1

Seksualne podziemie w World of Warcraft

smiercwgrach

Gdy umiera gracz, ginie jego awatar

infilt

Infiltracja

Epidemia

Epidemia

psy

Chcieć to móc!

boski

O graczu, który jeden dzień był bogiem

outland

Outland

Polub blog na Fejsie :)