Zakup perfum: jakich błędów się wystrzegać, jakich pułapek unikać?

Chcieliśmy chrupką i zwykłą, a okazuje się gumiasta i z czymś w środku. Tak, jasne. Przestrzelić można nawet wychodząc do piekarni po bułki. Bywa jednak tak, że będąc w sklepie jesteśmy szczególnie narażeni na pomyłkę. Do takich „trudniejszych” zakupów bez wątpienia należą perfumy.

Czy Polacy znają się na perfumach i wybierają je świadomie? Dobre pytanie. Bywając w sieciowych perfumeriach można zobaczyć wielu ludzi, którzy podchodzą do tematu ze sporym pietyzmem. Widać, że w ich wypadku zakup nie będzie przypadkowy. Z drugiej strony, niejeden Kowalski idzie do salonu w galerii, robi parę szybkich „rzutów nosem” w zaduszonym pomieszczeniu, a potem na tej podstawie podejmuje decyzję. I jeśli potem pyta sam siebie, czemu wybrał nienajlepszy dla siebie zapach, odpowiedź nasuwa się sama. Właśnie dlatego.

Bo widzicie, wybór i zakup perfum jest z definicji dosyć wymagający. To swego rodzaju gra, którą trzeba przejść. Gra pełna pułapek, wyzwań i twistów. Jeśli więc bierzemy w niej udział nie znając podstawowych zasad olfaktorycznego 101, ryzykujemy strzał w stopę na własne życzenie.

Spróbuję dziś wypunktować te największe i najbardziej powszechne ryzyka, na które jesteśmy narażeni podczas poszukiwań idealnego pachnidła.

Pośpiech raczej szkodzi

W Sephorach i Douglasach widziałem tę scenę wiele razy.  Facet zabiera swoją dziewczynę do perfumerii, by wybrać coś dla siebie i zaczyna się polka. Siedzą i siedzą, lawirując między półkami. Dziesiąta próbka aplikowana po raz trzeci. Wiecie, “bo może jednak ta pierwsza była najlepsza” i tym podobne. On się nakręca, bo wybór niełatwy. Ona już by najchętniej stąd wyszła. Konsultantka też przebiera nogami. Z każdą kolejną minutą nos staje się coraz mniej wiarygodny. Wszystko to brnie w stronę bardzo określonego finału. Ostateczny wybór nie będzie do końca świadomy.

„Świadomość”. To w świecie pachnideł naprawdę kluczowe słowo. Bo po perfumy nie chodzi się jak po dżinsy. Perfumy należy poznawać. Perfumami należy się choć odrobinę interesować. Wtedy sam zakup jest naturalną konsekwencją tych procesów.

Jeśli dysponujecie budżetem, który pozwala na wypełnienie dużej szafki flakonami pachnideł, a każda kolejna woda toaletowa w kolekcji to dla was niemal jak wyjście po wspomniane bułki, przestrzelenie z pojedynczym zakupem to błąd, który nie kosztuje nic. Zakładam jednak, że dla przeciętnego czytelnika tego tekstu wycieczka do perfumerii po zapach ma w sobie coś z małego święta. Nie wynika to tylko z tego, że perfumy są po prostu fajne i starczają na dłużej. Przede wszystkim, kupując perfumy płacimy za coś, co będzie naszym codziennym towarzyszem i w dużym stopniu nas zdefiniuje. Zapach wybrany źle nie tylko może zostać nienajlepiej odebrany przez otoczenie, lecz przede wszystkim sprawi, że to my sami poczujemy się gorzej.

Pierwsza rzecz, jaką radzę, to zatem nie spieszyć się. Naprawdę, zacznijcie od ogólnego wrzucenia na luz. Nawet w wypadku ciepłych, słodkich zapachów podejdźcie do nich… na chłodno.

Nie zakładajcie więc półgodzinnej wizyty w sklepie raz na rok, by nerwowo testować sto pindziesiąt rzeczy naraz. Nie róbcie oficjalnej rodzinnej inwazji na Sephorę metodą blitzkriegu. Odwiedzajcie perfumerie częściej, spędzając w nich krótką chwilę i poznając różne pachnidła. Powoli, tak jak trzeba.

Perfumy na bloterze pachną inaczej niż na skórze

Pułapka-klasyk. Jej finalnym stadium jest charakterystyczny zonk po powrocie z zakupów, bo kupione perfumy pachną inaczej niż na papierku w galerii.

I cóż mam powiedzieć? Tak po prostu jest. Znam wiele zapachów, które mnie zmyliły aplikacją na bibułce. Powiem nawet więcej: znam wiele zapachów, które mnie zmyliły testem nadgarstkowym (mimo że na skórze, jest bardzo miejscowy). Bloter to nie grzech. Bloter to jednak również nie wyrocznia. Polegając wyłącznie na nim, możesz finalnie rozczarować się zapachem, który na papierku pachniał wspaniale. Może być również tak, że perfumy zrobią na tobie złe wrażenie podczas testu bloterowego, jednak jakimś cudem wejdziesz w posiadanie próbki, dasz im drugą szansę i… nagle zauważysz, że coś w tym zapachu jednak jest.

Przerobiłem to choćby na przykładzie Terre d’Hermes. Ten przez wielu uważany za wybitny zapach na bloterze wydał mi się taki sobie. Uznałem jednak, że tak kultowe pachnidło zasługuje na więcej uwagi. Zamówiłem więc próbkę, zaaplikowałem i podczas całodziennego noszenia odbiór był zdecydowanie bardziej pozytywny. Ostatecznie nie kupiłem, bo to nie do końca mój typ, ale wiem, że to są dobre perfumy.

Zwykle by poznać perfumy po prostu potrzeba czasu. Między innymi dlatego, że…

Otwarcie perfum bywa niereprezentatywne

To ten chyba najbardziej szkolny błąd, na który narażone są osoby o niskiej świadomości perfumeryjnej. Stawianie znaku równości między otwarciem zapachu i całym zapachem. Pomyłka arcypodstawowa.

I znów: to działa w dwie strony. Popełniając tego typu błąd możesz zafundować sobie nieudany zakup, ale też możesz stracić okazję na poznanie perfum naprawdę fajnych, bo zbyt szybko je odpuścisz. Za powszechniejsze chyba można nawet uznać to drugie ryzyko. Sądzę, że przerobiłem to wiele razy, czego nawet nie jestem świadomy.

Weźmy takie pachnidło jak guerlainowski L’Homme Ideal. Dla mniej wtajemniczonych: jesienno-zimowy zapach dla facetów, piękny i elegancki, ale problem w tym, że… dopiero po kilku minutach. Zafundujesz sobie szybkiego strzała w perfumerii? Cóż, nie zdziwię się, jeśli sekundę później wyślesz mi sms-a w stylu: co to za !@#%@. I ja nie będę z tym nawet polemizował. Wszak kiedyś przeżyłem dokładnie to samo. Psiknąłem na bloter, powąchałem i stwierdziłem „Nope, just nope”. Na szczęście tego dnia we Wrocławiu nie wyrzuciłem bibułki do kosza. Zabrałem ją do hotelu. Minęło pół godziny, wyjąłem i o, co tu tak ładnie pachnie? Aaa, to ta woda, która w sklepie wydawała się nie do przyjęcia.

Niestety nie poznamy perfum, jeśli teoretycznie będziemy wąchać je wiele razy, ale zawsze damy tylko im kilkanaście sekund lub parę minut. Jeśli to tylko możliwe (tak wiem, nie zawsze jest możliwe), zapach należy poznać od głowy do bazy. Podchodząc do tematu w ten sposób minimalizujemy ryzyko, że w swoje sidła złapią nas perfumy-wydmuszki. Wydmuszki-kłamczuszki. Ach, jakże wspaniale się one otwierają. Ach, jak nic z tego potem nie ma. Wydaje się, że to jest *ten* zapach, po czym mija dłuższa chwila, a my sprawdzamy etykietę, czy to na pewno ta sama woda.

Skóra działa na perfumy

Oto prawdziwy klasyk olfaktorycznej dyskusji w internecie. Dwóch gości. Jeden zapach. Obaj siedzą w temacie. Obaj generalnie nie bredzą. A jednak ich wrażenia odnośnie trwałości zapachu są rażąco, naprawdę rażąco niezbieżne. Dlaczego tak się dzieje? Cóż, może jeden ma zwietrzały flakon. Może u drugiego coś się z tym zapachem podziało. A być może któryś z nich jednak się myli. Ale jeśli nie? Wtedy odpowiedzią może być po prostu skóra.

Skóra potrafi nas przy perfumach zrobić w niewąskiego konia. To bardzo wredna pułapka. Ryzykowna szczególnie wtedy, kiedy ktoś zamawia w internecie perfumy, bo fajnie pachniały na koleżance

Bywa, że dwoje ludzi psiknie się tę samą wodą, a wygląda, jakby użyli innych. Zmianie mogą ulec podstawowe parametry, takie jak trwałość perfum.

Na dzień, na noc…

No dobra, ale powiedzmy, że omijają nas te najbardziej podstawowe pomyłki. Nie kupujemy “na pałę”. Pozwalamy się perfumom rozwinąć. Testujemy perfumy nie tylko na znajomych, a bloter nie wywija nam żadnego numeru. What else could go wrong?

Ano na przykład to, że wybierzemy perfumy niedopasowane do pory roku lub dnia.

Tutaj mała dygresja. Nie jestem zwolennikiem sztywnego podziału pachnideł na okres jesienno-zimowy i wiosenno-letni. Nie powinno się zerojedynkowo przywiązywać do opinii, że perfumy ciężkie lub orientalne na 100% nie podejdą nam na cieplejsze dni. W niektórych wypadkach efekt będzie dobry. Ale czasami…

Popełniane na tym polu błędy kosztują głównie nasze otoczenie. Na przykład mam kolegę (i on wie, że o nim napiszę), który przywiązany jest do Armani Code mniej więcej tak samo, jak niektórzy nasi ojcowie do szarego Bossa. I żeby nie było – ja z miłością do jakiegokolwiek zapachu, pod warunkiem umiarkowanej jego aplikacji, nie mam problemu. Jednak miłość nie wpływa na to, że ów Code to zapach zdecydowanie wieczorowy, wręcz słynący ze swojego charakteru pachnidła, dzięki któremu do klubu wchodzi się samemu, a wychodzi z dziewczyną. Perfumy, które są świetne na tego typu okazje, niekoniecznie równie dobrze podkreślą klimat smażalni w nieklimatyzowanym tramwaju sierpniowego popołudnia. A w takim własnie kontekście mój znajomy ładuje sobie codziennie kilka chmur. I choć mu mówiłem, wiem, że jutro też to zrobi.

Albo inny klasyk – faceci, którzy tak bardzo kochają zapachy sportowe, że przede wszystkim chcą zawsze pachnieć świeżo. Nawet wtedy gdy za oknem jest minus 15 i pizga jak na Antarktydzie, ładują na siebie rześkie pachnidła ze „Sport” lub „Cool” w nazwie. I znowu można zapytać, czy to dobrze i czy nie obowiązuje nas jakaś etykieta analogiczna do tego, że nie zakłada się skarpetek do sandałów.

Moja rada? Wyrobić sobie nawyk posiadania kilku zapachów z równoczesnym przyswojeniem wiedzy, kiedy je stosować. Bo owszem, zapachy bardzo uniwersalne istnieją. Istnieją również jednak te mniej uniwersalne. Co więcej, tych mniej uniwersalnych jest dużo. I z niemałym prawdopodobieństwem należy do nich któreś z leżących u ciebie na półce.

“Na piękne oczy”

Czasami główna pułapka, na którą jesteśmy narażeni podczas wybierania perfum, jest drugim człowiekiem. Łączy wdzięk osobisty i umiejętność przekonywania z niekoniecznie dobrymi rekomendacjami. Przed państwem (niektóre) konsultantki z perfumerii.

Marketingowe polecajki jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Tak każe menedżerka, więc w sklepie wykonuje się jej polecenia. Pytanie jednak, gdzie leży granica.

Ostatnio miałem sytuację, że jedna pani w perfumerii zarekomendowała mi perfumy YVS „Y” jako alternatywę do pachnidła, które chciałem poznać i których akurat nie było. I rzecz nawet nie w tym, że „Y” to klasyczny przypadek, gdy marketing winduje zjechane przez krytyków perfumy na szczyty topek. Idzie o to, że był to zapach o zupełnie innym charakterze. Naprawdę, skrajnie różny. To mniej więcej tak, jakby ktoś przyszedł do sklepu z płytami, poprosił o CD z koncertem Bacha, a sprzedawca powiedział: niestety nie mamy, ale niech pan posłucha tego. Oto nowy Slayer.

(no dobra, tego sprzedawcę szanowałbym)

Niestety w perfumerii już parę razy spotkałem się z sytuacją, kiedy rekomendacje uchodzące za pokrewne… naprawdę dziwne. I nigdy nie wiem, czy ktoś na żywca exploituje niewiedzę klienta, czy sam nie wie. W przypadku opisanym wyżej porozmawiałem z panią dłużej i skłonny jestem sądzić, że był to niestety brak wiedzy.

Inne pułapki w sieciowych salonach są bardziej wyrafinowane. Pewnego dnia testuję sobie letnie perfumy, a tu nagle podchodzi konsultantka w osobie naprawdę ślicznej dziewczyny i rzuca tekstem “Ja osobiście uwielbiam ten zapach na mężczyźnie”. Uśmiecha się przy tym tak ładnie, że w myślach już ją proszę o numer (pół biedy) oraz dokonuję przeniesienia efektu aureoli na samo pachnidło (to już gorzej). Jak cała sytuacja się kończy, możecie się domyślić. Umawiam się z dziewczyną. Kupuję perfumy w sposób totalnie nieprzemyślany. Naprawdę dałem się wtedy podejść jak dziecko.

Tak, wiem. Może naprawdę jej się podobały.

Punktem wyjścia do zrozumienia tego, jak wygląda konsulting w sieciowych perfumeriach, jest niska świadomość perfumeryjna Polaków. W perfumeriach o tym po prostu wiedzą. Doskonale rozumieją, że ryzyko przyłapania konsultantki na nietrafionej rekomendacji jest nieduże. Nie ma zatem specjalnego nacisku na to, by się znać, bo właściwie po co? Przyjdzie jakiś dziad, weźmie zapach dla spoconego dziada i wyjdzie. Przyjdzie nastolat, sięgnie po 1 Million i też wyjdzie. Jedna trzecia facetów weźmie Sauvage’a i wyjdzie w poczuciu, że wybrało zapach niszowy, nie zdając sobie sprawy, że prawie wszyscy na ulicy tym pachną. Niestety w wielu wypadkach tak to właśnie jest. To klienci w pewnym sensie stanowią główną przyczynę tego, jaki poziom konsultingu otrzymują w perfumeriach.

Inne pułapki

Jak więc widać, proces kupowania perfum to proces tylko teoretycznie prosty. Niektóre pułapki stanowią konsekwencję braku podstawowej wiedzy. Inne zakładają na nas specjaliści od marketingu. Jeszcze innych uniknąć trudno, nawet gdy się już trochę siedzi w temacie. A przecież mamy jeszcze liczne pomniejsze ryzyka: ryzyko reformulacji, wadliwej partii, czy też popsucia zapachu przez gorąc i światło w galerii (ryzyko dosyć duże!). Zasada, która powinna obowiązywać, to więc przede wszystkim „Kupuj odpowiedzialnie”. Ten wyświechtany apel akurat do wizyty w perfumerii naprawdę pasuje.


Foto: Flickr CC 1, 2

Related posts

Slow writing